niedziela, 20 lutego 2000
Wczoraj była pierwsza pełnia księżyca w tym roku (tybetańskim). Dla Tybetańczyków to najważniejsze z czterech wielkich świąt buddyjskich. Nazywa się Ciotrul Dycien - czyli Święto Czynienia Cudów. Upamiętnia ono pewną historię z życia Buddy Siakjamuniego. Po wielu nieudanych próbach nakłonienia Buddy przez sześciu najwybitniejszych mistrzów bramińskich do podjęcia współzawodnictwa w czynieniu cudów, Siakjamuni w końcu zgodził się na te swoiste zawody. Coraz więcej bowiem jego uczniów zaczynało wątpić, czy on w ogóle posiada ponadnaturalne moce.
Przez kolejnych piętnaście dni Budda ukazywał więc coraz to nowe świadectwa swego urzeczywistnienia. Na przykład po zjedzeniu posiłku wbił w ziemię wykałaczkę. W jednej chwili z drzazgi powstało pięćset dorodnych drzew usianych kwiatami i owocami. I tak, po upływie dwóch tygodni, właśnie w czasie pierwszej pełni księżyca ostatecznie pokonał oponentów. Wszyscy oni, wraz z rzeszami swych wyznawców, zostali uczniami Buddy.
W ogóle mówi się, że pierwszy miesiąc (według kalendarza tybetańskiego) jest wyjątkowo korzystnym okresem dla praktyk duchowych, gdyż wszystko, co robimy w tym czasie, przynosi sto tysięcy razy silniejsze skutki karmiczne. Zaś każdy czyn wykonany w Ciotrul Dycien owocuje sto milionów razy silniej, niż gdyby go wykonać w zwykły dzień. Dlatego wskazane jest wówczas bardziej niż zwykle poświęcić się prawości.
W tym roku Ciotrul Dycien był obchodzony szczególnie uroczyście. Wprawdzie tradycyjne Mynlam już się skończyło, ale reprezentanci wszystkich klasztorów Kagju w Katmandu właśnie wczoraj zebrali się, by rozpocząć wspólne recytowanie dodatkowych modlitw w intencji usunięcia przeszkód w aktywności Karmapy dla całego świata. Zgromadzenie ma trwać trzy dni, a odbywa się w klasztorze Dabzanga Rinpoczego - tego, który jest inkarnacją Gampopy. Poprzedni Dabzang Rinpocze zmarł na początku lat dziewięćdziesiątych, a jego nową inkarnację odkrył Karmapa w Tybecie.
Na klasztornym dziedzińcu, w ogromnym namiocie zasiadło w równych szeregach bez mała tysiąc mnichów i mniszek. Widok doprawdy wspaniały. Na głównym tronie fotografia Karmapy. Zaraz obok, na nieco niższym tronie J.E. Dziamgon Kongtrul Rinpocze. To niesłychane, że będąc zaledwie kilkuletnim chłopcem, zachowuje się już jak wytrawny Lama: przez ponad dziesięć godzin modlitw dzielnie trwał w nienagannej postawie medytacyjnej. Poniżej siedzieli: Tenga Rinpocze, Andzi Tulku, Szielri Tulku, Sangter Tulku i jeszcze jeden, którego imienia nie znam. Pojawił się też na krótko Ato Rinpocze, a jutro ma także dołączyć Thrangu Rinpocze.
Przebieg modlitw jest podobny jak podczas Mynlam . Zasadniczą częścią jest powtarzanie Zangcie Mynlam , modlitwy nauczanej przez samego Buddę. Jak to zawsze bywa na takich spotkaniach, wszyscy uczestnicy częstowani są bezpłatnymi daniami, a ludzie prześcigają się w wielkości kwot darowanych na zorganizowanie tych posiłków. No cóż, w końcu ofiarowywanie jedzenia Sandze, i to jeszcze w tak szczególnych okolicznościach, należy do najbardziej szlachetnych czynów. A szczodrość jest przecież pierwszą z wyzwalających cnót.
Miałem właśnie dwugodzinną przerwę w pisaniu. Do kliniki dentystycznej przybył Ato Rinpocze. Przyprowadził też swojego szwagra - księcia byłej prowincji w Nangcien (w Kham we wschodnim Tybecie). Niestety doktor Tsultrim był nieobecny: musiał zawieźć do szpitala jednego z młodych mnichów. W oczekiwaniu na jego powrót, wraz z Anią i Jackiem zabawialiśmy Rinpoczego rozmową. Dowiedzieliśmy się przy okazji, że Thrangu Rinpocze nie weźmie udziału we wspomnianych wyżej trzydniowych modlitwach, gdyż po powrocie z Indii zachorował na półpasiec.
Dziś Tenga Rinpocze wraz z mnichami znów pojechał do Boudha na Mynlam . Ja mam jednak dużo pisania, między innymi wiele e-maili do odpowiedzenia. Dlatego zostałem w klasztorze. Jutro rozpoczyna się już dziesięciodniowy kurs dla uczniów z Zachodu, prowadzony przez Tengę Rinpoczego. Znów będę mieć trochę mniej czasu.
poniedziałek, 21 lutego 2000
Dziś rano rozpoczął się kurs. Bierze w nim udział, podobnie jak w poprzednich latach, około siedemdziesięciu osób. Spotkania mają się odbywać dwa razy dziennie. Jednak na koniec porannej sesji Tenga Rinpocze przeprosił nas i wyjaśnił, że dziś wyjątkowo druga sesja będzie odwołana. Rinpocze chciałby bowiem wziąć udział w zakończeniu trwającego już trzeci dzień Mynlam .
Wielu uczniów wciąż prosi, aby Rinpocze modlił się o ich pomyślność w różnych przedsięwzięciach życiowych i w praktyce Dharmy. Nasz Lama wyjaśnił, że mógłby co prawda zamknąć się w swoim pokoju i powtórzyć modlitwę na przykład tysiąc razy, ale jest przekonany, że o wiele więcej pożytku przyniesie wzięcie udziału w zbiorowych modlitwach.
Zawsze praktyka w grupie przynosi więcej zasługi niż indywidualna. Zobrazować to można przypowieścią, którą dziś posłyszeliśmy. Otóż pewnego razu podróżowało do Indii dwóch Tybetańczyków. Jeden wziął ze sobą tylko troszeczkę tsampy do jedzenia, drugi zaś miał jej bardzo dużo. Było mu ciężko dźwigać swoje zapasy. Ten, który zabrał mniej tsampy, zaproponował, by zmieszali swe pożywienie, a następnie podzielili się ciężarem po połowie. Drugi z podróżnych przystał na to i rzeczywiście było mu teraz dużo lżej. Po jakimś czasie zauważył jednak, że skoro jedzą już tsampę przez tyle dni, to chyba porcja towarzysza podróży już się wyczerpała. Na co sprytny kolega odparł: "Skoro moja tsampa równomiernie zmieszała się z twoją, to znaczy, że dopóki twoja się nie wyczerpie, moja też się nie skończy".
Ta nieco przewrotna historia ma obrazować fakt, że zasługa zebrana zbiorowym wysiłkiem jest dla każdego z uczestników równie wielka, jak zasługa, którą zebrali wszyscy razem.
Rinpocze wyjaśnił też, jak ogromną wagę mają te trzydniowe modlitwy, które się właśnie odbywają. Po pierwsze recytowane są w wyjątkowo pomyślnym miejscu, to jest przy stupie Boudha. Tę stupę budowały poprzednie inkarnacje trzech wielkich bodhisattwów: Guru Padmasambhawy, Khenpo Szantarakszity (opata klasztoru Nalanda) oraz króla Tybetu Trisongdetsena. Wszyscy byli wówczas braćmi, synami hodowczyni drobiu. Stupa Boudha zawiera między innymi relikwie poprzedniego Buddy, zwanego Kaśjapą. Miejsce jest zatem wspaniałe.
Zgromadzeniu przewodzi czwarta inkarnacja Jego Eminencji Dziamgona Kongtrula Rinpoczego. Kongtrul Rinpocze to Lama, którego pojawienie się przepowiedział sam Budda Siakjamuni. Nauczyciel jest więc także wspaniały.
Głoszona Dharma również jest wspaniała, gdyż recytowany wspólnie tekst to Modlitwa Dobrego Postępowania, nauczana przez Buddę. Wspaniały jest także orszak, gdyż w tym zgromadzeniu setek mnichów z całą pewnością niektórzy rozwinęli niezwykle pozytywne właściwości: jedni miłującą dobroć, drudzy wielkie współczucie, głębokie zrozumienie czy też jeszcze inne zalety. Również czas jest wspaniały, gdyż rozpoczęto modlitwy w Święto Czynienia Cudów. Co więcej w tych dniach przypada także święto parinirwany Marpy oraz Milarepy.
Można zatem powiedzieć, że wszystkie pięć wspaniałości przypisywanych aktywności sambhogakai (wspaniałe: miejsce, nauczyciel, Dharma, orszak i czas) zaistniało właśnie w tym zgromadzeniu. Toteż idąc za gorącymi zachętami Rinpoczego, podobnie jak większość uczestników kursu udaliśmy się z przyjaciółmi do Boudha.
Mnichów było jeszcze więcej niż w poprzednie dni. Zauważyłem, licząc z Dziamgonem Rinpoczem, Thrangu Rinpoczem i Tengą Rinpoczem, w sumie ośmiu tulku. Spoza Nepalu przybyli reprezentanci klasztorów Tai Situ Rinpoczego oraz Gjaltsaba Rinpoczego. Pojawiły się również grupy reprezentujące klasztor Dilgo Khjentse Rinpoczego z Njingmapy oraz kilka klasztorów Gelugpy. Na zakończenie odbyła się wielka pudża tsok Milarepy i obwieszczono, że odtąd takie wielkie święto Mynlam organizowane będzie w Katmandu corocznie o tej porze.
W podniosłym nastroju wróciliśmy do klasztoru. Jutro przed nami dalszy ciąg kursu...
niedziela, 27 lutego 2000
Czcigodny Tenga Rinpocze nadal prowadzi kurs dla uczniów z Zachodu. W tych dniach mam mało wolnego czasu. Od ósmej rano tłumaczę rozmowy indywidualne z Rinpoczem. Od dziewiątej trzydzieści zaczyna się pierwszy wykład. Po jedenastej przerwa obiadowa. Korzystam zwykle z kuchni klasztornej, ale szczerze mówiąc jedzenie codziennie ryżu polanego rozwodnioną papką z dalu (to tutejsza soczewica) już mi co nieco obrzydło. Ale takie są tutaj realia. Dzienna stawka żywieniowa mnicha równa się mniej więcej połowie najtańszego dania, jakie można zamówić w pobliskich knajpach!
Potem przez chwilę odpisuję na listy i od godziny trzynastej znów tłumaczenie rozmów z Rinpoczem. O czternastej następny wykład. Po nim, tradycyjnie już, w towarzystwie Rinpoczego pijemy na tarasie herbatę zagryzaną ciasteczkami. Stało się zwyczajem, że w czasie wiosennych kursów Rinpocze codziennie częstuje uczestników podwieczorkiem.
Zaraz potem w świątyni odbywa się pudża Mahakali. Po pudży codziennie Rinpocze ma spotkania z uczniami, którzy mieli jakieś szczególne prośby. Czasem jest to inicjacja potrzebna do praktyki, czasem wyjaśnienia do medytacji jidama albo instrukcje na odosobnienie. O osiemnastej kolacja. Coraz rzadziej jem ją w klasztorze. Moje ciało dopomina się o chociaż jeden posiłek dziennie inny niż okraszony ryż. Wieczorem zwykle ktoś z kilkunastoosobowej grupy Polaków chce się spotkać, wyjaśnić jakieś wątpliwości co do swej praktyki. Potem jeszcze przez chwilę pracuję na komputerze nad jakimiś tekstami - i tak mija dzień.
Wczoraj po południu - mała odmiana. Wszyscy, wraz z Rinpoczem, wsiedliśmy do dwóch autobusów i wyruszyliśmy do Parpingu. Jest to wioska położona około godzinę jazdy od Katmandu. Najpierw, przy wjeździe do wsi, zatrzymaliśmy się koło jaskini Jangszi Phuk. To w niej ponad tysiąc lat temu Guru Padmasambhawa, medytując przez jakiś czas na odosobnieniu, miał wizję Dordże Purby, urzeczywistnił jego sadhanę i otrzymał dzięki temu wszystkie błogosławieństwa, które dały mu moc do późniejszego pokonania zawistnych demonicznych bóstw Tybetu. Dordże Purba (sanskr. Wadżrakillaja) jest gniewnym jidamem. Ucieleśnia on aktywność Buddy pokonującą gniew, pychę i inne destrukcyjne uczucia.
Tutaj Padmasambhawa miał też wizję innego gniewnego jidama, Jangdak Heruki, i wreszcie w tym właśnie miejscu osiągnął zwykłe i ostateczne siddhi mahamudry. Gdy zasiedliśmy przed jaskinią, Rinpocze przekazał instrukcje do krótkiej praktyki Dordże Purby, po czym wspólnie śpiewaliśmy jego mantrę. Po złożeniu ofiar z płonących lampek maślanych i kataków, pojechaliśmy dalej w głąb wioski.
Miejscem do którego teraz się udaliśmy, była świątynia Balpo Pamtynpai Lhakang. W jedenastym wieku rezydował w niej Paindapa (po tybetańsku Balpo Pamtynpa), Nepalczyk z plemienia Newari, jeden z najbliższych uczniów Naropy. W drodze do Indii zatrzymał się tam Marpa wraz z Nio Lotsałą. Paindapa miał właśnie udzielać inicjacji Wadżrajogini. Ktoś z zebranych, widząc dwóch Tybetańczyków, powiedział: "Przecież oni są jak woły, nie rozumieją żadnego ludzkiego języka. Jak więc mogą dostać inicjację?" Trzeba wiedzieć, że wszystkie języki na południe, zachód i wschód od Nepalu są spokrewnione z nepalskim - tylko język tybetański na północy należy do całkowicie odmiennej grupy językowej. Njo Lotsała znał dialekt newarski. Poczuł się zatem urażony i opuścił zgromadzenie. Tymczasem Marpa, mimo znajomości wielu dialektów indyjskich, nie rozumiał newarskiego. Pozostał więc na miejscu pełen wiary.
Właśnie w tej świątyni Marpa otrzymał wiele nauk od Paindapy i Czitherpy - innego ucznia Naropy - i pozostał tam przez blisko dwa lata. W świątyni ciągle jeszcze znajduje się oryginalny posążek Wadżrajogini, będący najpierw przez wiele lat własnością Naropy, a następnie podarowany przezeń Paindapie. Recytując mantrę Wadżrajogini, otrzymaliśmy błogosławieństwo przez naznaczenie czoła czerwoną kropką z proszku zwanego sindura.
Następnie, po pokonaniu dwustumetrowych schodów, stanęliśmy przed tak zwaną Asurai Phuk, czyli jaskinią w której Guru Padmasambhawa zatrzymał się w drodze do Tybetu. W czasie trzech miesięcy intensywnej praktyki poskromił bóstwa opiekuńcze Tybetu, znane jako dwanaście bogiń Tenma. Każdej z nich przytknął do głowy wadżrę i przyjął od nich przysięgę, że będą od tej pory ochraniać Dharmę i praktykujących. Toteż obecnie w wielu rytuałach recytuje się modlitwy, zaczynające się od słów: "Wy, które w jaskini asurów złożyłyście przysięgę, spełnijcie ją teraz..."
Po złożeniu stosownych ofiar na ołtarzu w jaskini - do której oczywiście wchodziliśmy kolejno, bo mieści się tam najwyżej kilka osób jednocześnie - zaśpiewaliśmy przed jej wejściem siedmiolinijkową modlitwę do Guru Rinpoczego oraz jego mantrę.
Dalej krętą, stromą ścieżką zeszliśmy do podnóża góry, aby w niewielkim klasztorze Njingmapy pokłonić się przez pięknymi posągami Dordże Purby i Dordże Trolo (gniewnego aspektu Guru Rinpoczego). Zaraz przy tym klasztorze znajduje się niewielka świątyńka z samowyłaniającą się Tarą. A zaczęło się to tak, że kiedyś przed laty wykuto w skale półmetrową płaskorzeźbę hinduistycznego boga Ganesi. Wówczas tuż obok ze skały zaczęła się wyłaniać około dziesięciocentymetrowej wielkości lekko wypukła postać Tary. Z roku na rok wizerunek ten jest coraz wyraźniejszy. Pamiętam, że jeszcze kilka lat temu postać była dużo mniej wypukła, a jej dolna część nie była tak dobrze widoczna. A przecież nikt jej nie podrzeźbia po nocach! Rinpocze mówił, że w Tybecie było wiele takich miejsc ze spontanicznie powstałymi postaciami Buddów. Ale poza Tybetem nie spotyka się ich zbyt wiele, a to w Parpingu jest chyba jedynym, gdzie można na bieżąco obserwować proces wyłaniania się takiego wizerunku.
Od Samopowstałej Tary - jak nazywają ją tutejsi buddyści - zeszliśmy dalej w dół, by odpocząć chwilę u zamkniętych bram ośrodka trzyletnich odosobnień. Zostaliśmy tam podjęci ciastkami i gorącą herbatą. O samym ośrodku, zwanym "Benchen Ozer Ling", pisaliśmy obszerniej w biuletynie Mynsel. W tym miejscu od roku osiemnastu mnichów praktykuje intensywnie medytację w ramach tradycyjnego trzyletniego odosobnienia.
Rinpocze udzielił nam krótkich nauk, a następnie, wskazując kawałek ziemi, który należy już do klasztoru, powiedział, że tutaj powstanie "Benchen Shedra", czyli instytut wyższych studiów buddyjskich.
Pełni wrażeń wróciliśmy do autobusów. Zanim dojechaliśmy do klasztoru, było już ciemno.
Dziś miałem znowu kolejny pracowity dzień. Cały czas z Rinpoczem. Ale on też już jest bardzo zmęczony. Kilka dni temu, podczas spotkania, na którym dostawałem prywatne nauki, Rinpocze dosłownie zasypiał w pół słowa (już nawet nie zdania) i to w najbardziej dosłownym znaczeniu. Przez dziesięć minut próbował dokończyć zdanie i głowa mu opadała. Z początku nie przerywałem, bo to Rinpocze sam wyznaczył mi ten termin na rozmowę. Ale w końcu jednak zaproponowałem, że może dokończymy innym razem.
Ogólnie Rinpocze jest w cudownej formie, promienny, i ludzi rozkłada dobrocią na łopatki. Tylko te skoki poziomu cukru czasem dają takie efekty, jak opisane (no i te sześćdziesiąt osiem lat). Ale już w środę koniec kursu. Będzie jeszcze inicjacja Tary. Wtedy też wszyscy "indzi", jak się tu nazywa ludzi z Zachodu, będą wykonywać praktykę Zielonej Tary w intencji długiego życia Rinpoczego. My także zorganizujemy w Grabniku pod koniec sierpnia tygodniowy Drubthab Białej Tary w tej intencji. To zostało już ustalone z Rinpoczem. W kilka osób będziemy sponsorować jedzenie i inne koszta, tak że każdy będzie mógł przyjechać i modlić się za Rinpoczego.
poniedziałek, 28 lutego 2000
Dziś poranny wykład skończył się nieco wcześniej. Do klasztoru przyjechał bowiem Jego Eminencja IV Dziamgon Kongtrul Rinpocze. Już od wczoraj szykowano dlań tron i sprzątano. Pełna gala. Od bramy wjazdowej droga do samych wrót świątyni udekorowana została namalowanymi symbolami pomyślności. Część mnichów, ubranych w odświętne brokaty, z baldachimami w rękach, grając na trąbach i innych instrumentach, szła w procesji przed Jego Eminencją. Pozostali czekali, ustawieni w szpaler, a wraz z nimi niemal stu zachodnich uczniów, biorących udział w kursie Tengi Rinpoczego. Trzymano kataki i palono kadzidła.
Ostatni raz Dziamgon Kongtrul Rinpocze odwiedzał ten klasztor jeszcze w poprzedniej inkarnacji. Był rok 1988 - wyższe piętra świątyni dopiero budowano. Dzisiejsza wizyta Jego Eminencji była pierwszą w obecnym wcieleniu.
Kongtrul Rinpocze pojawił się oczywiście ze swym najbliższym przyjacielem, Szielri Tulku. Obaj rówieśnicy mieszkają razem i razem mają otrzymywać wykształcenie. Wraz z nimi przyjechało także dwóch Lamów w podeszłym wieku. Jeden z nich, Lama Sziri, był najbliższym asystentem drugiego Kongtrula Rinpoczego, przeżył trzeciego i teraz wciąż jest w pobliżu kolejnej inkarnacji.
Człowiek ten przez całe życie niezwykle kochał zwierzęta. Wszyscy opowiadają anegdotę o tym, że kiedy przed laty, jeszcze w Tybecie, szedł wraz z kilkoma innymi mnichami na trzyletnie odosobnienie, jego ukochana koza wśliznęła się tam również. A ponieważ nikt tego nie zauważył, zamknięto ją na odosobnieniu. Po trzech latach, gdy otwarto bramy ośrodka medytacyjnego, okazało się, że w szeregu dla medytujących dołożono na końcu dodatkowy materac. Dla kozy. Mieli z nią tylko jeden problem. Każdy nieuważnie pozostawiony bez opieki tekst znikał w jej brzuchu. Wchłonęła w ten sposób ogrom wiedzy!
Drugi z Lamów, towarzyszących Jego Eminencji, jest nieco młodszy. W swoim życiu aż pięć razy odbył trzyletnie odosobnienie i należy do grona najbliższych uczniów Dziamgona Kongtrula.
Podobnie jak przy innych okazjach, pięcioletni Dziamgon Rinpocze spisywał się bardzo dzielnie. Mimo że już w drodze do klasztoru dopytywał: "A będzie jedzenie?", to jednak przez cały czas trwania uroczystości nie zdradził się z głodem.
Gdy młody tulku zasiadł na tronie, Tenga Rinpocze w tradycyjnej ceremonii ofiarował mu mandalę wszechświata, a następnie symbole ciała, mowy i umysłu Buddy (no i na koniec kopertę z domyślnym wkładem...). Następnie wszyscy mnisi, a potem świeccy praktykujący, kolejno podchodzili i ofiarowywali kataki. Wkrótce utworzyły one tak wielką górę, że malutki Lama musiał się wychylać, aby coś spoza niej zobaczyć. Po ofiarowaniu herbaty i specjalnie przygotowanego na słodko ryżu, wszyscy Rinpoczowie przeszli do sali powyżej świątyni, aby zjeść wspólny posiłek.
Niezwykle silna więź pomiędzy Jego Eminencją Dziamgonem Rinpoczem a Tengą Rinpoczem trwa już od kilku inkarnacji. Poprzedni Tenga Rinpocze był tak bliskim uczniem pierwszego Dziamgona Kongtrula, że ten powiedział mu w końcu: "Jesteśmy sobie równi zarówno pod względem wykształcenia, jak i urzeczywistnienia. Nic więcej nie mogę cię już nauczyć." Z kolei obecny Tenga Rinpocze otrzymał w młodości od drugiego Kongtrula Rinpocze przekaz mahamudry i wiele istotnych inicjacji. Aby podtrzymać tę więź, Tenga Rinpocze przez kilka lat wstrzymywał się z udzieleniem swym młodym mnichom pełnych święceń (choć sam ma ku temu wszelkie kwalifikacje), czekając aż trzeci Dziamgon Kongtrul będzie mógł przyjechać i poprowadzić tę ceremonię.
Również z obecną inkarnacją Dziamgona Rinpoczego Tenga Rinpocze utrzymuje jak najbliższe więzi. Przy okazji jakichkolwiek świąt jeździ do Pullahari, aby złożyć życzenia młodemu tulku. Także kiedy wraca do Nepalu po dłuższej podróży, jedną z pierwszych rzeczy, jakie robi, są odwiedziny u Kongtrula Rinpoczego. To właśnie z powodu tej bliskiej więzi pierwszy przyjazd Jego Eminencji do klasztoru Bencien uważano za tak znaczący i celebrowano go z najwyższym namaszczeniem.
Dopiero po obiedzie przystąpiono do realizacji gwoździa programu - zasadniczego celu wizyty. Dwaj mali Rinpoczowie kolejno zasiedli na fotelu dentystycznym u naszego rodaka, Wojtka-Tsultrima (na temat nieodpłatnej kliniki Benchen Free Clinic sponsorowanej przez niego, czytajcie na stronie http://www.hfhrpol.waw.pl/Tybet/Klinika ). Potem pacjentami byli obaj starsi Lamowie i na tym wizyta się zakończyła. Cała świta odjechała z powrotem do swego klasztoru Pullahari. Dla nas zaczął się kolejny wykład Tengi Rinpoczego.
sobota, 4 marca 2000
Kurs Tengi Rinpoczego dla uczniów z Zachodu już się skończył. Dla tych, którzy znają Rinpoczego, nie muszę chyba pisać o tym, z jak niezwykłą klarownością i z jakim ciepłem przekazuje nauki Buddy. Podzielę się raczej bardziej osobistymi refleksjami.
Zwykle był tu na miejscu jakiś bardziej wprawny ode mnie tłumacz, obsługujący rozmowy indywidualne. Tym razem po raz pierwszy, przez cały czas pobytu ja wykonywałem tę pracę. I przyznać muszę, że było to bardzo inspirujące. Mam oczywiście na myśli fakt, że niemal przez cały dzień przebywałem z Rinpoczem. Mimo że w ciągu wielu lat zdarzało mi się to już niejednokrotnie, wciąż jednak obecność Rinpoczego nie tylko mi nie spowszedniała i nie straciła na sile oddziaływania, ale wręcz coraz bardziej doceniam niezwykłość naszego Lamy.
Przez długi czas bywałem z Tengą Rinpoczem w przeróżnych sytuacjach: kiedy dawał z tronu formalne nauki, kiedy przyjmował swych bliskich uczniów, gdy przychodzili do niego szaleńcy albo ludzie totalnie zagubieni lub załamani psychicznie, gdy podejmował wybitnych mistrzów albo szedł jako petent do urzędu, gdy tryskał zdrowiem albo był bardzo chory... I nigdy, ani przez oka mgnienie, nie zdarzyło mi się zobaczyć, by choć jedno Jego działanie nie było czystym działaniem bodhisattwy, by przebił się przez nie choćby cień egoizmu.
Zawsze, w każdej sekundzie Tenga Rinpocze jest po prostu wzorem do naśladowania, przykładem tego, czego naucza. Dlatego w Tybecie, Nepalu czy w Indiach mówią o nim jako o "świętym Lamie". Słyszałem o różnych cudach, jakie tu i ówdzie różni ludzie prezentują. O materializacjach i innych rzeczach. Przyznam, że nawet nie chce mi się zastanawiać, czy to prawda czy nie. Dla mnie nie ma to znaczenia. Ale bycie zawsze, bez chwili przerwy tylko ucieleśnieniem miłości, dobra i poświęcenia się dla innych jest tak niezwykłym cudem, że nie mam potrzeby oglądania innych.
Również tłumaczenie tego, co mieli do powiedzenia Rinpoczemu różni uczniowie, było bardzo inspirujące. Muszę bowiem uchylić rąbka tajemnicy tłumacza i stwierdzić, że niektórzy uczniowie Tengi Rinpoczego mają naprawdę głębokie i autentyczne doświadczenia medytacyjne. Niektórzy z nich wykazują oznaki powodzenia w praktyce dzogcien, inni mahamudry. Jedni praktykują głównie termy, a inni tantry z tradycji Nowych Tłumaczeń. Ale efekty ich medytacji dowodzą, że również współcześnie błogosławieństwo Nauk jest ciągle żywe, że nie jest ono tylko teorią, ale potwierdza się w praktyce.
Co więcej pokazuje to, że także ludzie żyjący na Zachodzie, mający rodzinę i pracę, nie są pozbawieni możliwości głębokiej duchowej przemiany. Nawet jeśli ja czy Ty nie dostrzegamy w sobie żadnych szczególnych rezultatów praktyki, to jest tak po prostu dlatego, że nie nagromadziliśmy jeszcze dostatecznie wiele prawości. Jednak ten inspirujący przykład innych praktykujących wzmocnił we mnie wiarę, że warto poświęcić swój czas i energię na pracę dla istot. A kiedy, w wyniku takiego działania, zbierzemy dostatecznie wiele pozytywnych nasion w umyśle, wówczas w tym lub przyszłych żywotach doświadczymy głębszej mądrości oraz głębszego wglądu w naturę zjawisk. Dzięki temu, że ujrzałem, jak niektórzy moi przyjaciele już teraz tego doświadczają, wzrosła we mnie i umocniła się wiara w Dharmę.
Miałem nadzieję, że po kursie Rinpocze będzie mógł przez parę dni odpocząć. Ale nie było mu to dane. Zaraz następnego dnia, w czwartek, pojechał do Parpingu, aby dać kolejne nauki mnichom na trzyletnim odosobnieniu. Piątek spędził w ośrodku trzyletnich odosobnień (po tybetańsku drub khang ) w Pullahari, przy klasztorze Kongtrula Rinpoczego. Dziś, w sobotę, znowu jedzie do Ośrodka w Parpingu. Obecnie Rinpocze ma pod opieką te dwa drub khangi . A we wtorek, 7 marca, wyjeżdża na dwa miesiące do ośrodków buddyjskich na Tajwanie. Potem wróci na trzy tygodnie do swego klasztoru, by znów wyjechać na blisko cztery miesiące do Europy. Niewielu ludzi w wieku sześćdziesięciu ośmiu lat stać na taką pracowitość i żywotność!
niedziela, 12 marca 2000
Ostatnie dni w Katmandu upłynęły mi na załatwianiu różnych spraw przed wyjazdem i dalszym tłumaczeniu indywidualnych spotkań z Tengą Rinpoczem. Ponadto Rinpocze wyraził zgodę na sfotografowanie całego zbioru klasztornych tanek. Spodziewaliśmy się, że zajmie to dłuższą chwilę, ale rzeczywistość przerosła nasze oczekiwania. Dostaliśmy do dyspozycji około dwieście zwijanych malowideł na płótnie. Mimo pomocy mnichów rozwinięcie każdej tanki, zrobienie zdjęć w różnych wersjach oświetlenia i zwinięcie z powrotem, zajęło nam z Jackiem prawie dwa dni. Mamy jednak teraz do dyspozycji Centrum zbiór fotografii całej Linii Przekazu Karma Kamtzang oraz wszystkich podstawowych jidamów naszej szkoły.
Po bardzo ciepłym pożegnaniu z Rinpoczem (zobaczymy się przecież dopiero za trzy miesiące w Polsce) i mnichami wyruszyliśmy ośmioosobową grupą do Indii. Podróż porannym samolotem do Delhi była szybka i łatwa. Potem załatwialiśmy jeszcze bilety na dalszą część drogi i po krótkim posiłku już wsiadaliśmy do nocnego autobusu do Dharamsali.
Na miejsce dotarliśmy rano, w czwartek 10 marca. Po przyjeździe straciliśmy dobrą godzinę na szukaniu noclegu, mimo że w promieniu kilkuset metrów było kilkanaście hoteli. Takie są po prostu zalety podróżowania w dużej grupie ludzi, wyrosłych na demokratycznych tradycjach. Każdy ma swoje zdanie.
W końcu postanowiliśmy jednak nie podejmować decyzji, gdzie będziemy mieszkać, tylko złożyć wszystkie bagaże w jednym wynajętym pokoju i bez śniadania wyruszyć w stronę klasztoru Gjuto, gdzie przebywa Jego Świątobliwość Karmapa. Nie było czasu na posiłek, bo zbliżała się godzina, o której Karmapa zwykle udzielał audiencji.
Jednak w pierwszej chwili znalezienie środka transportu nie było łatwe. Trafiliśmy bowiem na obchody czterdziestej pierwszej rocznicy Powstania Narodowego w Tybecie i zewsząd przybywały tłumy Tybetańczyków na wielki wiec. Dowiedziałem się, że otwierać ma go przemówienie Jego Świątobliwości Dalajlamy. Wróciłem więc do grupy i wszyscy pobiegliśmy do klasztoru Namgjal, gdzie na dziedzińcu zgromadziło się kilka tysięcy ludzi. Faktycznie, Dalajlama przemawiał. Rozpoczęliśmy więc dzień od ujrzenia tego, który ucieleśnia nadzieje i dążenia Tybetańczyków i który jest klejnotem zdobiącym cały buddyzm tybetański. Jednak gdy tylko Jego Świątobliwość skończył przemawiać, wskoczyliśmy w dwie taksówki. Kierunek Karmapa!
Wszyscy, łącznie z kierowcą, uprzedzali nas, że Jego Świątobliwość Gjalłang Karmapa wciąż nie wyzdrowiał i nie udziela publicznych audiencji. Trudy ucieczki, gwałtowna zmiana klimatu, intensywny program spotkań po dotarciu do Dharamsali - wszystko to sprawiło, że Karmapa zachorował. Jest osłabiony, ma podniesioną temperaturę i lekarze nakazali przede wszystkim odpoczynek, aż Jego Świątobliwość nabierze sił. Nikt nie był jednak pewien, kiedy znów zaczną się audiencje. Chcieliśmy się więc przekonać o tym na miejscu. A poza tym nawet tylko wykonanie kilku pokłonów przed klasztorem, w którym jest "Żywy Budda", okrążenie go czy pomedytowanie w jego bliskości, to już przecież niebywała sposobność.
Faktycznie, odprawiono nas z kwitkiem, ale dano też nadzieję, że w ciągu kilku dni audiencje powinny być znów udzielane. Oczywiście Jego Świątobliwość spotyka się w tych dniach z niektórymi Lamami czy politykami indyjskimi. Pewne sprawy nie mogą czekać. Ale najbardziej męczące są grupowe spotkania z pielgrzymami i tych na razie być nie może.
Skoro już byliśmy tak daleko od Dharamsali, postanowiliśmy dotrzeć jeszcze dalej, do Szierab Ling, gdzie rezyduje Jego Eminencja Tai Situ Rinpocze. To jemu XVI Karmapa pozostawił list przepowiadający obecną inkarnację i powierzający Rinpoczemu funkcję Guru i wychowawcy XVII Karmapy. Spotkanie z Situ Rinpoczem było więc dla nas również bardzo ważne.
Jednak gdy opuszczaliśmy klasztor Gjuto, okazało się, że Tai Situpa właśnie do niego wjeżdża. Zawróciliśmy więc, a gdy dojechaliśmy z powrotem, Situ Rinpocze zniknął już w środku. Cóż było robić? Decyzję podjęliśmy szybko: poczekamy aż Jego Eminencja będzie wychodzić od Karmapy, ofiarujemy mu kataki i poprosimy o wyznaczenie terminu audiencji w Szierab Ling.
Klasztor Gjuto, ufundowany przez Dalajlamę za pieniądze uzyskane z Nagrody Nobla, położony jest zupełnie na uboczu, u podnóża śnieżnych gór. Przed nim rozciąga się wspaniały widok na zieloną dolinę. Panuje tam cudowny spokój. Zasiedliśmy na tarasie przed wejściem i mając świadomość, że o kilka pięter nad naszymi głowami znajduje dwóch Buddów - Karmapa i Situpa - oddaliśmy się modlitwom i medytacji, przeplatanymi dla relaksu towarzyskimi pogaduszkami. W tej sielankowej atmosferze spędziliśmy prawie pięć godzin.
Pod koniec pojawiły się nagle przed nami jeszcze dwie dziewczyny, z którymi rozstaliśmy się niedawno w Katmandu. Wyjechały one o kilka dni wcześniej z Nepalu, by dotrzeć do Dharamsali drogą lądową. Ich podróż trwała ponad cztery doby. W ten sposób było nas już więc dziesięcioro.
Bezpieczeństwa Jego Świątobliwości Karmapy strzegą zarówno rządowe siły indyjskie, jak i strona tybetańska. Dalajlama oddelegował połowę swoich ochroniarzy, by dbali obecnie o dobro Karmapy. Od początku wszyscy oni byli dla nas bardzo mili i traktowali raczej jak pielgrzymów, a nie jak zbędnych intruzów. W czasie tych kilku godzin szef ochrony tybetańskiej wypytał mnie dokładnie, skąd jesteśmy i co tu robimy.
Około godziny piętnastej zaczęło się przy wejściu jakieś poruszenie. W końcu bezgraniczna dobroć Karmapy zwróciła ku nam swe promienie. Gdy opowiedziano mu, że grupa pielgrzymów z Zachodu siedzi przy wejściu od rana, to mimo iż lekarze zakazali mu przyjmowania gości, zaprosił nas do swego pokoju na najwyższym piętrze klasztoru. Możecie sobie chyba wyobrazić nasze szczęście!
Po przejściu kolejnych etapów rutynowych kontroli stanęliśmy w końcu twarzą w twarz z Jego Świątobliwością. Bardzo się zmienił od czasu, gdy widziałem go sześć lat temu w Tybecie. Ma dobre metr osiemdziesiąt wzrostu. Z wyglądu jest już dorodnym młodzieńcem. Ale będąc w jego obecności nie odbiera się go jak piętnastoletniego chłopca. Ma się po prostu poczucie, że stoi się przed Buddą, przed Królem Dharmy. To on stanowi centrum każdej sytuacji i nadaje niepowtarzalny charakter spotkaniu. Promieniuje jakąś niezwykłą godnością.
To nie są tylko moje prywatne odczucia. Wszyscy tak to odbierają. Na przykład, gdy czekaliśmy tuż pod drzwiami Karmapy, z jego pokoju wychodził właśnie z żoną pewien bardzo wysoko postawiony polityk indyjski. Stracił na chwilę panowanie nad sobą i rozentuzjazmowany ściskał nasze ręce, gratulując nam, że możemy spotkać Karmapę. Wciąż powtarzał, że Jego Świątobliwość ma w sobie tyle godności i dobroci, że jest jak książę. Wyrazy jego zachwytu przerwało dopiero nasze wejście na audiencję.
Po wykonaniu pokłonów złożyliśmy Jego Świątobliwości ofiary z kataków, posążków, kadzideł, pieniędzy - każdy przygotował coś na tę okazję. Znalazło się też kilka ładnych kawałków bursztynu i bursztynowe różańce. Karmapa zaprosił nas gestem, byśmy usiedli na dywanie przed nim. Sam siedział na zwykłym fotelu. Jego słowa tłumaczył na język angielski Tenam Siastri, najbliższy asystent Situ Rinpoczego. Potem ja przekładałem to na polski, gdyż nie wszyscy z grupy znali dobrze angielski.
Najpierw Jego Świątobliwość spytał, z jakiego kraju jesteśmy i skąd teraz przyjechaliśmy. Od pierwszej chwili stworzył tak wspaniale ciepłą atmosferę, że mimo ogromnego respektu i pokory, jaką budzi jego obecność, czuliśmy się szczęśliwi jak dzieci, które spotkały swoich rodziców. Po usłyszeniu odpowiedzi na swe pytanie Jego Świątobliwość powiedział: "Jesteśmy teraz na Wschodzie. Wy przyjechaliście tutaj z Polski, która leży na Zachodzie, w Europie. Odbyliście bardzo długą podróż, aby tu dotrzeć. Bardzo się cieszę, że was spotkałem i dziękuję wam za przybycie".
Słysząc tłumaczenie tego fragmentu na język polski, J.Ś. Karmapa roześmiał się, po czym skomentował to następująco: "Wasz język wydaje mi się bardzo łatwy i mówicie tak szybko... To brzmi jak recytacja modlitw tybetańskich". Po czym kontynuował: "Nie byłem nigdy w Polsce, ale z książek i z tego, co słyszałem, wiem, że w Polsce wydobywa się wiele bursztynu. Bursztyn uchodzi za czysty i szlachetny materiał. Myślę, że wasza motywacja i wasze modlitwy musiały być równie czyste, jak te bursztyny, które mi ofiarowaliście, i to właśnie te czyste intencje was teraz tutaj przywiodły. Ja przybyłem do Indii aby pomóc w utrzymaniu i rozwijaniu się Nauki Buddy. Przybyłem, aby samemu uczyć się Dharmy i pomóc innym się jej uczyć. Ale utrzymanie i rozwój Dharmy w Indiach nie jest moim jedynym celem. Pragnę, by Dharma rozprzestrzeniała się wszędzie. Chcę pomagać wszystkim, którzy pragną poznawać Nauki. Dzięki pracy i błogosławieństwu wielu mistrzów w przeszłości i w chwili obecnej, Dharma rozkwita teraz w wielu miejscach na świecie. I chciałbym dotrzeć wszędzie tam, gdzie ludzie interesują się Naukami Buddy. Dlatego jestem pewien, że w przyszłości odwiedzę również i wasz kraj".
Jego Świątobliwość Karmapa wypowiadał te słowa w niezwykle pogodnym nastroju, stale się uśmiechając. Ale słysząc brzmienie polskiego języka, z trudem powstrzymywał się od pełnego śmiechu. Chwilami aż odwracał głowę, aby się nie roześmiać. Skwitował to następująco: "W tym życiu nie byłem jeszcze w Polsce, ale będąc teraz z wami, mam silne przeświadczenie, że już kiedyś odrodziłem się w waszym kraju. Czuję z wami tak silną więź, jak z bliską rodziną, jakbym przebywał wśród braci i sióstr".
Śmiejąc się, Karmapa mówił dalej: "Boję się nawet, że gdybym teraz przyjechał do was, to wrażenie byłoby tak silne, że mógłbym zemdleć. Dlatego nie mogę was w tej chwili odwiedzić. Zanim do was pojadę, przygotuję odpowiednie lekarstwa, tak aby nie zemdleć. Życzę wam, aby wasza pomyślność, dobre imię i szczęście wzrastały. Będę się o to stale modlić, a także o to, aby wzrastały pomyślność, dobre imię i szczęście wszystkich innych czujących istot. Dedykuję i poświęcam wam także wszelką pomyślność, dobre imię i szczęście, jakie sam posiadam. Podobnie poświęcam je wszystkim istotom".
Gdy Jego Świątobliwość Gjalłang Karmapa skończył mówić, zapytałem: "Czy wolno mi wyrazić jedną prośbę?" Kiedy Karmapa dał przyzwolenie, powiedziałem: "Przed sześciu laty, w Tsurphu, prosiłem Jego Świątobliwość o modlitwy wspierające nasze dążenia do kupna miejsca na Centrum Dharmy w Polsce. Dzięki błogosławieństwu Jego Świątobliwości kupiliśmy w końcu obiekt bardzo do tego odpowiedni. Pierwszym Lamą, jaki postawił swoją stopę na tej ziemi, był Jego Eminencja Tai Situ Rinpocze. Odwiedziło nas także wielu innych wybitnych Lamów. Teraz, za radą Tengi Rinpoczego, chcemy rozpocząć w tym ośrodku budowę świątyni. Prosimy zatem Jego Świątobliwość o błogosławieństwo i modlitwy w intencji spełnienia tych zamierzeń". Karmapa odparł: "Podstawowe znaczenie Dharmy jest takie, że ma być ona studiowana i praktykowana. Po to, by istniały odpowiednie warunki zarówno do studiowania, jak i do praktyki, konieczne są świątynie. Dlatego będę się całym sercem modlić o pomyślność waszych zamierzeń, a także o to, by w tej świątyni, którą zbudujecie, jak i we wszystkich innych świątyniach na całym świecie w odpowiedni sposób studiowano i praktykowano Dharmę".
Gdy wszystko wskazywało na to, że audiencja ma się ku końcowi, cała nasza grupa zgodnym chórem zaczęła gorąco zapraszać Jego Świątobliwość do przyjazdu do Polski tak szybko, jak to będzie możliwe. Karmapa śmiejąc się odparł: "Dobrze, przyjadę jutro, a jeśli nie jutro, to za kilka dni, ale na pewno przyjadę do was wkrótce!" Na tym audiencja się skończyła.
Wycofując się z pokoju, żegnani byliśmy gorącymi uśmiechami i życzliwymi gestami. Gdy staliśmy na dole, przy taksówkach, Jego Świątobliwość wyszedł jeszcze na taras swej rezydencji. Przez dłuższą chwilę uśmiechał się do nas, machał ręką na pożegnanie i składał dłonie w pożegnalnym geście. Na schodach świątyni ciągle jeszcze siedział z żoną ów polityk indyjski i ze wzruszeniem wpatrywał się w dedykację, jaką wpisał mu do książki Karmapa. Widząc Karmapę, oboje wstali i kłaniali mu się z szacunkiem.
Następnego ranka popatrzyliśmy na siebie z Jackiem, z którym dzielę pokój, i zgodnie stwierdziliśmy: od chwili spotkania Karmapy, nie można przestać o nim myśleć. I ślad tego spotkania pozostaje odciśnięty gdzieś w samej głębi ducha. No cóż, w końcu sam Budda Siakjamuni przepowiedział, podobnie jak czynił to potem Guru Rinpocze, że kto ujrzy oblicze Karmapy, nie odrodzi się już w niższych światach i stopniowo, w kolejnych żywotach osiągnie oświecenie. Nazywa się to "wyzwoleniem przez widzenie".
Następnego dnia, w piątek rano, próbowaliśmy jeszcze uzyskać audiencję u Jego Świątobliwości Dalajlamy, ale okazało się to niemożliwe, ponieważ Jego Świątobliwość wyjeżdżał już do Bombaju. W dziesięć osób wcisnęliśmy się więc do wynajętego jeepa i ruszyliśmy do Szierab Ling na spotkanie z Jego Eminencją Tai Situ Rinpoczem. Poprzedniego dnia nie udało nam się z nim spotkać w Gjuto, gdyż odbywał właśnie jakieś ważne spotkanie organizacyjne w czasie, gdy my byliśmy u Karmapy.
Szierab Ling jest położone w całkowicie ustronnym miejscu, pośrodku lasu. Z Dharamsali jedzie się tam ponad dwie godziny. Przyjechawszy, czekaliśmy chwilę, po czym zostaliśmy przyjęci przez Jego Eminencję.
Rinpocze wypytał najpierw o to, jak rozwija się nasze Centrum. Pamięta go dobrze. Wspomniałem o projekcie budowy gompy i o tym, że w tej chwili nie mamy pieniędzy na zbudowanie całości, ale wierzymy, że wszystko jakoś się pozytywnie ułoży i zrealizujemy te plany. Rinpocze odpowiedział, że kiedy pracuje się dla Buddy, nie trzeba się martwić o pieniądze. Pieniądze są iluzją powstałą w uwarunkowanym umyśle i dzięki błogosławieństwu Buddy pojawią się, gdy będą potrzebne. Nasza karma jest uwarunkowana i ograniczona, ale Budda ma nieograniczoną karmę, jest poza karmą. Dlatego jego błogosławieństwo pomoże zgromadzić określone środki.
Tak jest zawsze, gdy pracuje się dla innych. Gdy buduje się prywatny dom, trzeba troszczyć się o pieniądze, bo realizuje się tylko własną pozytywną karmę. Ale gdy buduje się świątynię, na przykład dla kilkuset osób, to dobra karma i modlitwy tych kilkuset osób dojrzewają w owym projekcie.
Gdy poprosiłem, by Jego Eminencja również wsparł nasze zamierzenia swoimi modlitwami, odparł, że jego dobre życzenia będą z nami, ale ważniejsze od modlitw jednego człowieka są modlitwy wielu ludzi, zatem wszyscy, którzy popierają budowę gompy, powinni się także modlić o pomyślność tego przedsięwzięcia.
Po audiencji zwiedziliśmy jeszcze klasztor. Szczególne wrażenie sprawia główna postać na ołtarzu. Jest to wysoki na dwa piętra posąg Buddy Majtrei. Klasztor jest bardzo duży i utrzymany w czystości. Wspaniałe miejsce do studiowania i praktyki. Za kilka dni ma się tutaj przenieść Jego Świątobliwość Karmapa i pewnie będzie tu spędzał większość czasu do chwili, aż będzie mógł udać się do Rumteku.
W drodze powrotnej zjechaliśmy trochę z głównej trasy i zawitaliśmy w Taszi Dziong (w angielskiej pisowni Tashi Jong). Jest to jeden z głównych klasztorów szkoły Drukpa Kagju w Indiach. Zbudował go wielki Khamtrul Rinpocze, główny Lama tej tradycji na cały Tybet Wschodni. Lama ten zmarł w 1980 roku, a w obecnej inkarnacji ma bez mała dwadzieścia lat. W Drukpa Kagju szczególnie żywa jest tradycja joginów, którzy spędzają swe życie na medytacji w jaskiniach. To właśnie w Taszi Dziong zgromadziło się kilkunastu Repów - joginów oddających się praktyce sześciu jog Naropy i noszących białe szaty - którzy opuścili Tybet. Zwie się ich Togdenami.
Tak się składa, że w klasztorze tym mieszka także Ani Tenzin Palmo, angielska mniszka, która pod kierunkiem Khamtrula Rinpoczego spędziła dobre dwadzieścia lat na odosobnieniach medytacyjnych. Ponieważ niektórzy z naszej grupy pamiętają ją z jej wizyty w Polsce przed sześciu laty, pytaliśmy o nią. Akurat wyjechała na parę dni do Delhi. Zwiedzając klasztor trafiliśmy za to na próbę generalną rytualnych tańców, jakie mają się tu odbyć za kilka dni. Mieliśmy więc znowu ogromne szczęście. Pokłoniliśmy się i ofiarowaliśmy kataki Khamtrulowi Rinpoczemu. Obecny był także najstarszy z Togdenów. Ten przesympatyczny starszy człowiek uchodzi za jednego z największych żyjących mistrzów praktyki tummo - jogi ciepła wewnętrznego. Współczesny odpowiednik Milarepy.
Gdy wróciliśmy do hotelu, było już bardzo późno. Znów cały dzień prawie nic nie jedliśmy. Wszyscy czuliśmy się zmęczeni intensywnością wrażeń ostatnich dni. Dlatego postanowiliśmy, że dzisiaj nic nie zwiedzamy. Jest czas na chwilę medytacji i odpoczynek. Ja zająłem się odpowiadaniem na listy i pisaniem niniejszego tekstu.
Jeszcze wczoraj było piękne słońce i upał. Dziś zebrały się chmury, pada deszcz. Jest burza i zimno na dworze. Sporo poniżej dwudziestu stopni. Jutro znów wybieramy się tu i ówdzie. Mamy nadzieję, że do tego czasu się wypogodzi.
poniedziałek, 13 marca 2000
Dziś rano odbyliśmy z Jackiem bardzo krótkie robocze spotkanie w biurze J.Ś. Dalajlamy. Wyjaśniliśmy pewne praktyczne kwestie dotyczące zorganizowania od strony religijnej majowej wizyty Jego Świątobliwości w Polsce.
Zaraz potem wsiedliśmy znów do jeepa i ruszyliśmy w stronę Taszi Dziong. Chcieliśmy odwiedzić to wspaniałe miejsce nie tylko ze względu na rozpoczynające się dziś tańce Lamów, ale również - albo przede wszystkim - ze względu na obecność Khamtrula Rinpoczego i wszystkich Togdenów. Ponieważ jednak klasztor Gjuto, w którym przebywa obecnie Karmapa, leży zaraz przy drodze do Taszi Dziongu, wstąpiliśmy tam, aby podać przez kogoś Karmapie pożegnalne kataki. I cóż się okazało? Jego Świątobliwość czuje się już dobrze i udziela audiencji. Zrezygnowaliśmy więc z dalszej jazdy, poczekaliśmy trzy godzinki i znaleźliśmy się znowu u stóp Karmapy.
Na publicznej audiencji było blisko sto osób, większość to buddyści z Zachodu. Po raz pierwszy podczas tych otwartych spotkań każdy mógł podejść do Karmapy i ofiarować mu katak. Potem Jego Świątobliwość udzielił lungu do praktyki Czenrezika i wygłosił krótki wykład. Podkreślał w nim przede wszystkim znaczenie bodhicitty jako esencji wszystkich nauk Buddy. Powiedział także, że już teraz wielu ludzi z ośrodków Dharmy na całym świecie zaprasza go do siebie. Każdemu oczywiście przyrzeka, że przyjedzie. Ale na razie nie wie, czy i kiedy będzie w stanie spełnić te wszystkie obietnice. W każdym razie na pewno chciałby w swoim życiu bardzo dużo podróżować, tak aby móc dotrzeć wszędzie, gdzie ludzie go oczekują.
Jutro wybieramy się po raz kolejny na spotkanie z Karmapą, a potem nocnym autobusem wyruszamy do Deradun, innego skupiska Tybetańczyków w północnych Indiach.
środa, 15 marca 2000
Wczoraj po raz trzeci pojechaliśmy na audiencję do J.Ś. Karmapy. Ponownie otrzymaliśmy przekaz do praktyki Czenrezika. Jego Świątobliwość stwierdził, że teraz będzie codziennie dawać ten lung w czasie audiencji. Zdecydował tak, gdyż Czenrezik jest ucieleśnieniem współczucia wszystkich Buddów, a praktykowanie bodhicitty, czyli miłości i współczucia, stanowi istotę całej nauki Buddy. Mówił też o tym, że jako buddyści powinniśmy się starać, by we wszystkich codziennych działaniach kierować się taką właśnie postawą bodhisattwy.
Po powrocie z audiencji spakowaliśmy rzeczy i wsiedliśmy do nocnego autobusu do Deradun. Mimo że autokar na pierwszy rzut oka sprawiał bardzo dobre wrażenie, fotele okazały się wyjątkowo niewygodne. Około siódmej rano, zmęczeni i niewyspani, wysiedliśmy pośrodku olbrzymiego, typowo hinduskiego miasta. Na szczęście jechali z nami Tybetańczycy i podpowiedzieli nam, jak dostać się do klasztoru Mindrolling.
Gdy w końcu dotarliśmy do tybetańskiego osiedla na obrzeżach Deradun, znaleźliśmy się w całkiem odmiennej, niż indyjska, rzeczywistości. Od razu otoczyli nas życzliwi, ale nienatrętni ludzie. U bram klasztoru jakiś mnich zadeklarował się, że nam pomoże, bowiem sami nie mamy szans na znalezienie noclegu w okolicy. Mówił prawdę. Bez jego udziału nie byłoby to łatwe. A tak, już po paru chwilach złożyliśmy swoje bagaże w pokoju niewielkiego klasztoru Gelukpy, położonego na skraju osiedla, pod lasem.
Nie zdążyliśmy się nawet przebrać - już trzeba było śpieszyć do głównego klasztoru Mindrolling na rozpoczynające się tańce Lamów. Najpierw poczęstowano nas jednak śniadaniem, a dopiero potem zaproszono do zajęcia miejsc na klasztornym podwórzu. Ustawiono tu szereg krzeseł. W pierwszym rzędzie zasiadło kilkunastu Tulku Njingmapy oraz goszczący Lamowie i jakieś świeckie osobistości tybetańskie. Za nimi zaś inni tybetańscy, a także zachodni goście.
Na przywitanie pojawiła się wśród nas Khandro Rinpocze. Witała się z nami nadzwyczaj serdecznie. Naszą rozmowę przerwał jednak przyjazd głównego gospodarza: Jego Świątobliwości Minlinga Triciena Rinpoczego.
W Tybecie istniało sześć głównych klasztorów Njingmapy, czyli Starej Szkoły. Stanowiły one główne ośrodki sześciu podstawowych kierunków nauczania w tej tradycji. Każdy klasztor miał swojego dzierżawcę Linii Przekazu, a Minling Tricien był najważniejszym spośród nich i od stuleci stał najwyżej w hierarchii Lamów Njingmapy. Uważa się go za reprezentanta Guru Rinpoczego, za jego wcielenie.
Jego Świątobliwość zajął honorowe miejsce i - niczym z loży honorowej - obserwował tańce z okna na piętrze klasztoru. Towarzyszyła mu żona i dwie córki. Jedna z nich, wspomniana już Khandro Rinpocze, jest inkarnacją Jeszie Tsogjal - partnerki Guru Rinpoczego.
Tańce ośmiu aspektów Guru Rinpoczego, zwane Tseciu, nauczane były przez wybitnego tybetańskiego mistrza, Guru Ciełanga. W wizjach odwiedzał on Zangdok Palri, Czystą Krainę Padmasambhawy. Opowiadał potem, że stale odbywają się tam takie właśnie tańce.
W ten dzień my również mieliśmy wszelkie podstawy ku temu, by czuć się jak w Zangdok Palri. Znajdowaliśmy się w obecności Lamy, z którego emanuje błogosławieństwo Guru Padmasambhawy, i w sielankowej atmosferze oglądaliśmy sceny, które na co dzień rozgrywają się w jego Czystej Krainie. A w dodatku, niczym boginie darów, śliczne tybetańskie nastolatki ubrane w tradycyjne stroje, serwowały co chwilę zimne napoje, herbatę i ciastka.
Pod wieczór, po skończonych tańcach, Khandro Rinpocze znów pojawiła się wśród zachodnich uczniów. Rozmawiała, żartowała, a także objaśniała symbolikę różnych tanek i innych rytualnych przedmiotów, wystawionych na sprzedaż przez jeden z okolicznych klasztorów. Potem zjawiała się też od czasu do czasu na posiłkach serwowanych dla zachodnich uczniów w przyklasztornym domu gościnnym. Jedzenie to było sponsorowane przez pewną rodzinę tybetańską. I chociaż nie zapowiedzieliśmy swego przyjazdu i nie mieliśmy zarezerwowanego noclegu w Mindrolling, to jednak zostaliśmy zaproszeni do tych wszystkich nieodpłatnych dań.
Następnego ranka Jego Świątobliwość udzielił inicjacji długiego życia. Był to przekaz mocy jednego z aspektów Guru Rinpoczego, dający szczególnie błogosławieństwo zdrowia i długowieczności. Prócz około trzystu mnichów z klasztoru i naszej trzydziestoosobowej grupy z Zachodu w inicjacji uczestniczyli niemal wszyscy członkowie społeczności tybetańskiej, zamieszkującej okolicę. Kolejka ludzi, podchodzących do tronu po błogosławieństwa, skończyła się dopiero po kilku godzinach.
Popołudnie mieliśmy wolne. Dzięki temu pojawiła się okazja, by porozmawiać trochę dłużej ze znajomymi, którzy z różnych stron świata zjechali na te uroczystości. Szczególnie wiele mieliśmy sobie do opowiedzenia z moim starym przyjacielem, Rinczenem Repą. Poznałem go na początku lat osiemdziesiątych. Mimo że na płaszczyźnie zewnętrznej każdy z nas robi coś innego i widujemy się raz na wiele lat, wewnętrznie czujemy obaj łączącą nas jakąś silną więź. W czasie gdy ja w Polsce jako mnich odbywałem medytacyjne odosobnienia, on w białych szatach jogina medytował w Indiach i Nepalu, a potem w Europie. Obecnie ja głównie zajmuję się administrowaniem Ośrodka, a jego losy rzuciły do Ameryki, gdzie zajmuje się biznesem i dzięki temu może sponsorować klasztor Mindrolling. Rinczen Repa nie tylko z zainteresowaniem wysłuchał moich opowieści o rozwoju Dharmy w Polsce, ale też ofiarował naszemu Centrum dwie piękne tanki.
Z przyjemnością pogawędziłem też z innymi starymi przyjaciółmi, a także z nowo poznanymi osobami. Spotykanie dawnych znajomych i poznawanie nowych ludzi, praktykujących Dharmę w różnych krajach i warunkach, to dla mnie zawsze inspirujące doświadczenie. Wiele można się nauczyć, podpatrując, "jak inni to robią". Gdy widzi się coś wartościowego, warto to naśladować. A jeśli nawet jakieś zauważone postawy wydają się nie całkiem zgodne z Dharmą, tym bardziej należy wyostrzyć czujność i upewnić się, czy samemu nie popełnia się podobnych pomyłek. W ten sposób każdy, z kim przebywamy, staje się naszym nauczycielem.
Następnego ranka zwiedziliśmy cały klasztor, oprowadzani przez jednego z głównych tulku tej tradycji, Kociena Rinpoczego, a także Khandro Rinpocze i jej siostrę. Opowiadali historię powstania świątyni oraz symbolikę fresków w głównym lhakangu i w innych pomieszczeniach. Kiedy byliśmy w bibliotece, spytałem jedną z mniszek, czy mają może do sprzedania jakieś teksty drukowane w klasztorze. Khandro Rinpocze, choć stała kilka metrów dalej i akurat rozmawiała przez telefon komórkowy, dosłyszała moje pytanie i włączyła się do rozmowy. Zaproponowała, że ofiaruje dla naszego ośrodka kilkadziesiąt tomów term wraz z komentarzami - zbiór najważniejszych nauk związanych z tradycją Mindrolling. Wyjaśniłem wtedy, że w porozumieniu z Tengą Rinpoczem, postanowiliśmy założyć w Grabniku bibliotekę najważniejszych tekstów tybetańskich i że jesteśmy gotowi kupić te książki. Jednak Rinpocze nie zgodziła się przyjąć od nas pieniędzy. Wkrótce podarowane teksty zostaną przywiezione do Polski.
Po obiedzie dostaliśmy się jeszcze na audiencję u J.Ś. Minlinga Triciena Rinpoczego. Poprosiłem, by Jego Świątobliwość wyjaśnił nam, jaką praktykę powinniśmy wykonywać teraz, po uzyskaniu od niego inicjacji Padmasambhawy, tak by utrzymać ciągły strumień błogosławieństw. Rinpocze odparł, że esencją wszystkich nauk Buddy, w tym dzogcien i mahamudry, jest współczucie. Nie istnieje żadna praktyka buddyjska, która nie zawierałaby się w praktyce miłości i współczucia. Jeśli zatem uda nam się traktować każdą czującą istotę jak własną ukochaną matkę, to stale będziemy w strumieniu błogosławieństw Guru Rinpoczego.
Wziąwszy głęboko do serca tę naukę, zaraz po audiencji ruszyliśmy w powrotną podróż do Delhi. Stąd już wylot do Polski.
Tak kończy się kolejna pielgrzymka. Każda z nich była trochę inna. Ale każda ucząca i inspirująca do tego, by po powrocie do codziennej pracy starać się wcielać w życie uzyskane nauki. Nawet jeśli nie potrafimy tego robić w sposób doskonały, to i tak warto dołożyć wszelkich starań. Przecież i małymi kroczkami kiedyś w końcu dotrze się do celu.
|
|