Tybet 2005

 

Pielgrzymka z Tengą Rinpoczem do klasztoru Bencien w Khamie
str. 2


strona 1 2 3 4

W nocy nadciąga burza, ale rankiem się przejaśnia. Szykując się do śniadania wyglądamy przez okno i naszym oczom ukazują się zasypane śniegiem szczyty gór. To podobno bardzo pomyślny znak, związany z przyjazdem wielkiego Lamy w jakieś miejsce.

Posiłki dla naszej grupy przygotowują specjalnie w tym celu wynajęte dwie lokalne kobiety. Jedna z nich jest nieduża, stale zgięta w pół, skromna i bardzo miła, o twarzy jak z renesansowych portretów. Druga to potężna Khampka, wyprostowana i pełna godności - też miła, ale trochę się jej boję...

Na śniadanie dostajemy po jednym podpłomyku z jęczmiennej mąki (tyb. pagleb) i jednym sadzonym jajku. Oprócz tego jest masło, dżem, miód i tsampa - gruba mąka z prażonego i zmielonego ziarna jęczmienia. A także masło i pokruszony ser. Wszelki nabiał pochodzi tu z mleka dri i ma całkiem dobry smak. Nie wiem, czemu opowieści o Tybecie tak straszą zjełczałym masłem!

Przechodzimy przyspieszony kurs przygotowywania tsampy. Najpierw grudkę masła zalewa się wrzątkiem. Trzeba odczekać chwilę, aż masło się rozpuści, po czym dorzuca się wiórki sera i na koniec samą mąkę. Teraz zanurza się w palce w miseczce i specjalną techniką wyrabia się całość do uzyskania konsystencji plasteliny. Kucharki pękają ze śmiechu, widząc nasze męki przy mieszaniu.

Pozostałe śniadania będą co dzień takie same, podobnie jak obiady (ryż z warzywami i ewentualnie mięsem) oraz kolacje (zupa, w naszym odczuciu wciąż taka sama, przyjmująca różne nazwy w zależności od rodzaju pływających w niej klusek). Pewną odmianą są owoce, jogurt i inne smakołyki podsyłane nam przez Rinpoczego. To niezwykłe, jak Rinpocze dba o nas. W natłoku zajęć - prowadząc inicjacje, kształcąc mnichów i przyjmując gości spoza klasztoru - Rinpocze nieustannie troszczy się również o nasze potrzeby, odwiedzając nas, oprowadzając po klasztorze czy właśnie ofiarowując nam jedzenie otrzymane od swoich gości.

17 września w nocy przyjeżdża Czime Rinpocze. Oprócz Njenpy Rinpoczego i Tengi Rinpoczego jest to trzecia ważna linia inkarnacji, związana z klasztorem Bencien. Poprzedni Czime Tulku przetrwał na miejscu rewolucję kulturalną i nigdy nie opuścił Khamu. Jego nowe wcielenie ma w tej chwili kilkanaście lat i przechodzi tradycyjne kształcenie tulku.

W czasie naszego pobytu w Bencien Czime Rinpocze akurat otrzymuje w innym klasztorze cały cykl inicjacji Rincien terdzy. Przyjeżdża więc tylko na chwilę na początku, by przywitać się z Tengą Rinpoczem i ponownie pod koniec wizyty, by Rinpoczego pożegnać.

Po obiedzie Rinpocze zabiera nas do miejsca swych narodzin. Rinpocze jedzie dżipem, nas ładują na pakę ciężarówki. Trzęsie niemiłosiernie, ale wszyscy zachwyceni taką przygodą. Krajobraz przepiękny: mnóstwo przestrzeni, w dole szemrzący strumyk, na horyzoncie góry, a na ich tle klasztor Bencien. Rinpocze opowiada o swoim pochodzeniu, o narodzinach w czarnym nomadzkim namiocie, o krewnych, a także o swych poprzednich inkarnacjach.

Oczywiście jest i piknik. Zbiegają się okoliczni mieszkańcy. Częstują nas jogurtem i nomadzkim ciastem z sera dri. Rinpocze rozdaje błogosławieństwa, Rinczen rozdaje zdjęcia Rinpoczów. Wszyscy są bardzo szczęśliwi.

Kolejny punkt programu to wyprawa na koniach do nomadów. Koniki są tu małe, ale bardzo charakterne. Wypożyczono dla nas stadko, zebrane po okolicznych wsiach. Mówią nam, że to najłagodniejsze sztuki. Na szczęście przyzwyczajone są chodzić w kupie, więc nie trzeba szczególnych umiejętności jeździeckich, by nimi kierować. Byle utrzymać się w siodle.

Mimo tych zapewnień mój pierwszy koń nie ma ochoty na współpracę. Wyraźnie chciałby sobie pobiegać, a ja go ciągle hamuję. Zły, zaczyna pokazywać zęby. W połowie drogi przesiadam się więc na młodą klacz, która jest bardzo miła, ale ignoruje mnie zupełnie i realizuje własny plan podróży. W pewnym momencie nasz nomadzki opiekun musi ją wziąć na sznurek i prowadzić, bo inaczej nie wiem, gdzie byśmy się znalazły.

U nomadów znów czuję się jak w filmie. Zapraszają nas do czarnego namiotu, wykonanego z grubej i szorstkiej tkaniny. Potem dowiadujemy się, że ten materiał został utkany z sierści jaka. Wewnątrz ciemno od dymu. W kącie stos suszonego łajna jaków, służącego za opał (jak już wspominałam, tu nie ma drzew). Na palenisku pośrodku namiotu stoją metalowe kociołki. Czajnik z herbatą grzeje się w popiele.

Na początek zostajemy poczęstowani tybetańską herbatą z mlekiem, masłem i solą. Tak pysznej jeszcze tu nie piliśmy! Dostajemy też tsampę, jęczmienne podpłomyki i fantastyczny jogurt.

Potem przyglądamy się codziennemu życiu nomadów. Mieszkańcy pokazują nam ubijanie masła, dojenie dri, strzelanie z procy. Na naszą prośbę przyprowadzają też nalo - jucznego jaka, na którym można także jeździć (dokładniej: na którym jeżdżą ludzie chorzy i stare babcie). Siadamy na nim i fotografujemy się. To jest coś! Konia można dosiąść i w Polsce, ale nie jaka!

Tu naprawdę jest ten inny, stary świat Tybetu, o którym myślałam, że już nie istnieje... Wodę nosi się wiadrami na nosidle, domy buduje się z ubitej ziemi, a starsi ludzie, żeby okazać szacunek, pokazują język!

Kiedy przychodzi obiad, tubylcy dziwią się, że nie chcemy mięsa. Kupili je specjalnie dla nas. I tu pryska mit o mięsożernych Tybetańczykach. Dowiadujemy się, że latem, dopóki jest mleko i ser, nikt tu nie je mięsa. Dopiero zimą konieczne staje się poświęcenie jakiegoś jaka.

Skądinąd jaki to pasjonujące zjawisko. Niemal każdy aspekt życia nomadów jest z nimi ściśle związany. Koczownicy żywią się mlekiem, masłem i serem z mleka dri, z sierści jaka tkają materiał na swe namioty, dzięki jego odchodom mają opał, a kiedy któryś padnie - zjadają jego mięso. A jednak zwierzęta te wciąż pozostają na wpół dzikie i w naturalny sposób przystosowane do trudnych warunków przyrody. Są płochliwe i nieufne wobec ludzi (żeby wydoić dri, trzeba jej związać nogi!). Porównujemy je z naszymi krowami, które bez człowieka by zginęły. Jaki, choć wydają się masywne i ociężałe, biegają po górach jak kozice, lekko i z ogromnym wdziękiem. Aż trudno wzrok oderwać! Rozkoszujemy się też dźwiękami, jakie z siebie wydają. Ktoś mówi, że teraz już wie, dlaczego po niemiecku te zwierzęta nazywane są "chrumkającymi krowami".

Także psów są tu całe stada. Zupełnie innych niż te w Indiach czy Nepalu. Tutejsze psy są piękne: postawne, z dużą ilością futra, niektóre wyraźnie skrzyżowane z wilkami. Choć wiele jest bezpańskich, nie widuje się takich zabiedzonych egzemplarzy, jak w Indiach. Swoją drogą, bardzo są pracowite: całe dnie przesypiają błogo na słońcu, ale wieczorami się ożywiają i szczekają do północy. Niektórzy z naszej grupy bardzo się skarżą, że nie mogą spać. My nie mamy takich problemów: Rinczenowi w zaśnięciu nigdy nic nie przeszkadza, a ja mam za sobą miesiące praktyki z naszymi grabnickimi kundlami, które też całymi nocami obiegają dom, ujadając z takim zapałem, jakby ścigały hordy grasujących po terenie bandytów.

Ostatnim punktem programu, jaki przedstawił nam wcześniej Rinpocze, jest zobaczenie pochówku "przez powietrze". W Khamie czy Tybecie stosuje się go często, bo skoro nie ma tu drzew, to nie ma i drewna, by palić zwłoki. Oddaje się więc ciało na pożarcie sępom i ewentualnie innym padlinożercom (np. krukom). Gdy docieramy na miejsce pochówku, właśnie mnisi szykują jakieś ciało. Ale sytuacja jest delikatna, więc najpierw lama sprawujący tu władzę idzie się dowiedzieć, czy krewni nie będą mieli nic przeciwko naszej obecności. Nas na razie zaprasza do małej świątyni, w której możemy podziwiać posągi wszystkich stu łagodnych i gniewnych bóstw bardo.

Wygląda na to, że zmarły nie miał rodziny, bo nikogo nie widać w pobliżu. Sadzają nas więc na górce i pozwalają obserwować rytuał z przyzwoitej odległości. Pierwszy raz widzę sępy w naturze i w dodatku z tak bliska. Jestem pod wielkim wrażeniem. Nie miałam pojęcia, że to takie ogromne ptaszyska! W dodatku jest ich mnóstwo. I jeszcze nadlatują następne. Ciekawa jestem, w jaki sposób zostaną poinformowane, że uczta dla nich jest już gotowa i mogą zaczynać.

Mnisi nacinają ciało i już po chwili rozumiem, że ptaków nie trzeba specjalnie zapraszać do jedzenia, wręcz przeciwnie - zaczyna się walka, by nie dopuścić ich do trupa, zanim ludzie nie skończą swej pracy. Sępy są jednak bardzo zdeterminowane i kilkakrotnie mnisi muszą kapitulować. Pierzasta góra kłębi się nad tym, co jeszcze niedawno było żywą istotą ludzką. Ptaki biją się między sobą o najlepsze kawałki, w powietrzu zaczyna się unosić odrażający zapach. Widzimy zakrwawione łby odganianych sępów. Mnisi oddzielają teraz głowę od tułowia i przecinają ścięgna. Smród jest coraz dotkliwszy, mimo że znajdujemy się dość daleko. Na koniec obgryzione kości i czaszkę tłucze się na miazgę, i wymieszane z mózgiem wynosi się kawałek dalej, w pole. Sępy grzecznie podążają za niosącym zawiniątko mnichem.

Ceremonia na wszystkich robi ogromne wrażenie. Odchodzimy w milczeniu, nikt jakoś nie ma ochoty na komentarze. W dodatku przemarzliśmy, stojąc nieruchomo przez tyle czasu. Na szczęście zostajemy poczęstowani przez mnichów gorącą tybetańską herbatą i ciastkami.

Dowiadujemy się, że to miejsce jest w rzeczywistości filią naszego klasztoru. Później mówią nam, że lama, który się nim opiekuje, to bardzo doświadczony praktykujący. W swoim życiu wykonał już ponad tysiąc postnych praktyk njungne! A jednak na początku swego pobytu tutaj czuł się raczej nieswojo, gdy ciągle coś mu przeszkadzało po nocach: jakby ktoś chodził po domu, przesuwał przedmioty, pukał do drzwi i wołał go po imieniu. Podobno teraz lama już się przyzwyczaił i nie zwraca uwagi na te "efekty specjalne".

(koniec str. 2)

strona 1 2 3 4

format pdf


 

 

 
> Teksty on-line
> Modlitwy
> Polecane książki
> Broszurki
> Teksty do praktyki
> Mynsel
> Relacje
> Glosariusz
> Biblioteczka Centrum w Grabniku
[ strona główna ] [ nauczyciele ] [ nauki dharmy ] [ kursy ] [ nasze ośrodki ] [ galeria ] [ linki ] [ kontakt ] [ ośrodek odosobnień ]
buddyzm, buddyzm tybetański, Budda, Karmapa, Dalajlama, Tybet, wadżrajana, Kagyu, Dharma, medytacje