Tybet 2005

 

Pielgrzymka z Tengą Rinpoczem do klasztoru Bencien w Khamie
str. 3


strona 1 2 3 4

W klasztorze dowiadujemy się, że przez kilka kolejnych dni Rinpocze będzie udzielał mnichom abhiszek, potrzebnych im do wspólnej praktyki w klasztorze lub do odosobnień. Nasza grupa dostaje od Rinpoczego pozwolenie, by się przyłączyć. 22 września po obiedzie gromadzimy się zatem przed nową gompą.

Nadciąga burza. To już chyba trzecia, odkąd tu jesteśmy. Ciągle mnie to dziwi, tak bardzo się nastawiłam na suchy klimat Tybetu. Ale już zdążyliśmy zauważyć, że Kham to naprawdę inna kraina i różni się od Tybetu nie tylko pogodą czy językiem. W Tybecie na ubogich łąkach pasie się zaledwie po kilka jaków czy owiec, tutaj żywią się ich setki. Ludzie są rośli i dobrze zbudowani. W Nepalu z łatwością mogę wyłowić Rinczena spośród tamtejszych mnichów, tu ginie w tłumie - niejeden Khampa jest nawet wyższy od niego. I co najważniejsze, kwitnie tutaj Dharma. Co chwilę spotyka się lub słyszy o autentycznie praktykujących mnichach czy joginach.

Na przykład dowiadujemy się, że jest tu w okolicy taki jeden, co praktykuje tummo i od dwudziestu lat siedzi w górach. Czasem schodzi do klasztoru, jak przyjedzie Njenpa Rinpocze. Ale nie chce od nikogo żadnego wsparcia, ani pieniędzy, ani jedzenia, ani rzeczy materialnych. Ma swoją cienką szatę, a żywi się tylko tym, co znajdzie w górach.

A w czasie abhiszek tuż koło tronu Rinpoczego, na honorowym miejscu, podobnie jak Lama Ado, usadowiona zostaje nieznana nam postać, sprawiająca wrażenie mnicha-sybaryty, uśmiechniętego, o zaokrąglonych kształtach, najwyżej czterdziestoletniego. Jak się później dowiadujemy jest to Aciu Rinpocze, który przyjechał z jednej z filii klasztoru Bencien. Rinpocze ma dobre sześćdziesiąt parę lat, w czasie rewolucji kulturalnej przebywał w chińskim więzieniu, a potem wiele lat spędził na odosobnieniach medytacyjnych. Właściwie zamierzał pozostać tam do końca życia, ale ludzie z wioski uprosili go, by tego nie robił, bo jest im bardzo potrzebny.

W ciągu kolejnych dni otrzymujemy abhiszeki trzech najważniejszych Jidamów w linii Kagju: Demczoka, Dordże Phagmo i Gjalła Gjamtso, a także Hewadżry, Dordże Drolo (gniewna forma Guru Rinpoczego), Pema Benza (inny aspekt Guru Rinpoczego), Dylkar (Białej Tary), Minling Dordże Sempa, Buddy Amitabhy, Sang Thik Dordże Purby, "Stu łagodnych i gniewnych bóstw bardo" (Karling szitro) oraz Mahakali jab-jum. Rinpocze udziela też dwóch wersji inicjacji Amitajusa, Buddy Długiego Życia. Jedna z nich jest ściśle związana z linią Sangje Njenpów i praktykę tę mnisi często wykonują wspólnie tu w klasztorze. Z dnia na dzień do klasztoru schodzi się coraz więcej lokalnej ludności. W kolejce do tronu cisną się tuż za mnichami, bo a nuż braknie dla nich błogosławieństw!

Któregoś dnia rano przywożą do klasztoru czyjeś zwłoki. To już drugi raz, odkąd tu jesteśmy, odbywa się taka ceremonia. Podobnego zwyczaju nie widzieliśmy w Katmandu. Ciało leży na dżipie, owinięte w materiał. Samochód stoi tyłem do klasztoru. Jeśli jest zamykany, to otwiera się tylne drzwi. Ten ma odkrytą pakę i w czasie rytuału zmarły nasiąka deszczem. Zwoływani gongiem mnisi schodzą się na modlitwę. Recytują "Guru jogę czterech pór dnia". Ceremonia nie kończy się modlitwą przed klasztorem. Mnisi wchodzą do środka, jest też Rinpocze na tronie. Odświętnie ubrani krewni ofiarowują herbatę i ryż z mnóstwem masła, rodzynkami i daktylami. Na zewnątrz umdze (czyli ten, który prowadzi recytacje) z grupą mnichów wykonuje dla zmarłego poła, praktykę wyprowadzenia świadomości. Pozostali mnisi kontynuują medytację w lhakangu. Na koniec rodzina nieboszczyka ofiarowuje Rinpoczemu mandalę oraz symbole oświeconego Ciała, Mowy i Umysłu.

W ostatni dzień abhiszek dla mnichów Rinpocze na potrzeby odosobnień udziela cyklu inicjacji z tradycji Szangpa. Otrzymujemy zatem przekazy do następujących praktyk: pięć bóstw Szangpa, Demczok Lha Nga, Gju De Nga, Khacie Karmo, Gju Ly i Ciakdrukpa. Trwa to dość długo, a jeszcze na zakończenie odbywa się ceremonia ofiarowania mandali i symboli oświeconego Ciała, Mowy i Umysłu. Mnisi przynoszą w podzięce tony herbaty, masła, tsampy, brokatów i nawet jedną lisią skórkę. Wiadomo, że Rinpocze nie zabierze tego wszystkiego ze sobą do Nepalu, ale taka jest tradycja.

Nie oznacza to jednak końca imprez w klasztorze. Następnego dnia rozpoczynają się abhiszeki otwarte - dla okolicznej ludności. Jako pierwszej Rinpocze udziela abhiszeki Guru Rinpoczego, Kyn ciok ci dy. Jest to jedna z inicjacji długiego życia.

Już od rana do klasztoru zjeżdżają całe rodziny Khampów. Przynoszą ze sobą do pobłogosławienia "woreczki Dzambali" (sybstytut tradycyjnych waz Dzambali, mających przynosić dobrobyt domowi, w którym są trzymane) oraz dadary - ustrojone wielobarwnymi wstęgami strzały długiego życia. No i oczywiście prezenty dla klasztoru - głównie jedzenie.

Przybysze rozpełzają się po terenie. Na zboczach gór całe rodziny urządzają sobie świąteczny piknik. Jest na co popatrzeć. Istna rewia mody! Wiadomo, na inicjację zakłada się najlepsze ubranie i odświętne ozdoby. Z wyjątkiem mniszek wszystkie kobiety mają tu długie włosy, splecione w warkocze (często jest to wiele drobnych warkoczyków). Co zamożniejsze zawiesiły w uszach ogromne kolczyki, a na czubku głowy upięły stroik, składający się z jednego lub kilku wielkich bursztynów, wyglądających trochę jak smakowite bułeczki, oraz turkusów i korali. Mężczyźni tradycyjnie wplatają we włosy pęk czerwonych sznureczków, zawsze jednak zdejmują go na czas samej abhiszeki. Niemal wszyscy odziani są w klasyczny strój tybetański, ciubę, która w swej bogatszej wersji bywa obszyta brokatami albo futrem dzikich zwierząt. Zdarzają się niekiedy mężczyźni w garniturach czy kobiety w spodniach i sweterkach, ale w tym otoczeniu wyglądają dziwnie ubogo i nie na miejscu.

Na początku abhiszeki Rinpocze wygłasza nauki na temat karmy, dobrych uczynków, miłowania wrogów itp. Nikt go nie słucha. Wszyscy czekają tylko, aż nadejdzie moment udzielania błogosławieństw. Wówczas tłum rzuca się w kierunku tronu. Mnisi próbują go hamować i formować kolejkę. Szybko przestają sobie radzić i do akcji wkraczają "nasi". Teraz zaczyna się wręcz regularna walka. Pod naporem padają na ziemię ławki, gnieceni ludzie krzyczą, dzieci płaczą. Ci, którzy przedrą się przez kordony, z ulgą wycierają pot z czoła. Ale wszyscy cały czas się uśmiechają, zero agresji. Może to tylko taka zabawa?

Nasi panowie dzielnie dają tłumowi odpór, trzymając się za ręce. Wreszcie kolejka dobiega końca. Oddychamy z ulgą. Tymczasem okazuje się, że to był dopiero pierwszy rzut. Mnisi uchylają zamknięte do tej pory drzwi świątyni i naszym przerażonym oczom ukazuje się masa ludzka, kłębiąca się na klasztornym podworcu. Tych, co jeszcze czekają na wejście, jest znacznie więcej niż tych, którzy opuścili już lhakang.

Walka zaczyna się od nowa. Teraz trzeba się mocno natężać, by wpuściwszy do środka tylko część osób, zamknąć drzwi przed pozostałymi, którzy napierają z całych sił. Przy jednej z takich akcji Rinczen i kilku mnichów zostają na zewnątrz. Przyklejeni do zamkniętych drzwi, cudem unikają zmiażdżenia, po czym ogromnym wysiłkiem przedzierają się pod prąd i bocznym wejściem wracają do lhakangu.

Ceremonia trwa dobre trzy godziny. Przed tronem przewija się ponad tysiąc osób (a może i dwa tysiące, w tym zamieszaniu trudno powiedzieć). Z podziwem patrzę na Rinpoczego. Jak On to wszystko wytrzymuje?! A jeszcze po abhiszece następuje dodatkowy rytuał błogosławienia woreczków Dzambali i dadarów, no i dokończenie porannej pudży. Tubylcy przynoszą nam poczęstunek. Przed każdym stawiają talerz ze stertą gotowanych kości, z których trzeba sobie nożykiem, najlepiej własnym, odkrawać kawałki mięsa.

Jest dobrze po siedemnastej, gdy Rinpocze schodzi wreszcie z tronu. Ale w chwilę potem, jakby tych atrakcji było jeszcze mało, wiozą Go na skraj wsi, gdzie na rozległej łące czeka lokalna społeczność, która postanowiła uczcić ten dzień ludowymi tańcami. Nas znowu wrzucają na pakę ciężarówki, co zaczyna być coraz mniej zabawne. W dzień było gorąco, ale teraz wieje lodowaty wiatr i zaczyna padać.

Tańce dynamiczne i kolorowe. W każdym biorą udział zarówno mężczyźni, jak i kobiety, wymachując rękawami dwa razy dłuższymi od rąk. W trakcie pokazu tancerze składają Rinpoczemu u stóp kataki w geście szacunku i wdzięczności. Na koniec Rinpocze z kolei obdarowuje ich wszystkich katakami w podziękowaniu za występ.

Następnego dnia abhiszeka Sangje Menla, Buddy Medycyny. I znów powtórka z rozrywki. Początek błogosławieństw wydaje się spokojny, ale potem tłum się rozkręca (to chyba taka tradycja, że TRZEBA się pchać, bo inaczej się nie liczy). I tak będzie przez kolejne dwa dni, bo te same inicjacje Rinpocze powtarza dla mieszkańców innej doliny.

Ranki zaczynają być bardzo rześkie. Dni również, choć nie czuje się tego w słońcu. Ale śnieg na szczytach już nie topnieje. Idzie zima. Chociaż dla Khampów, sądząc po ubiorach, to zaledwie początki jesieni.

Po zakończonych abhiszekach na podwórku mnisi trenują tańce lamów. Jutro będą prezentować niektóre fragmenty, bo Rinpocze chce zrobić przegląd strojów, jakie mają, i zorientować się, czego im brakuje. W tańcu bierze też udział lokalny jak, ten, który zawsze wyjada z koryta resztki wyrzucane dla psów. Drepcze i kręci się w kółko; ciekawe, w jakim stroju jutro wystąpi.

Następnego dnia rano wychodzimy na dwór obejrzeć tańce lamów. Ależ zimno! Mnisi nie zważając na ziąb i mżawkę z przejęciem prezentują fragmenty tańców Guru Rinpoczego. Występy, chociaż krótkie, robią wrażenie. Znaczny w nich udział mają rzecz jasna okoliczne psy. Leżą rozwalone na środku podwórka i w ogłuszającym ryku trąb i innych rytualnych instrumentów chrapią sobie w najlepsze. Tym już niestraszne bardo!

Ostatni dzień w Bencien jest bardzo intensywny. Rankiem wyruszamy na piknik. Mam poczucie, że ta duchowa podróż do Khamu będzie mi się kojarzyć w pierwszym rzędzie ze słowem "piknik". Na miejscu czeka już na nas namiot z suto zastawionym stołem. Są tu nie tylko ciastka i owoce, ale też tony mięsa, a także słoiki, puszki i butelki z różnymi napojami i przetworami. Zostajemy też poczęstowani świeżo ugotowanymi tybetańskimi pierożkami momo.

Wkrótce nadjeżdża dżip klasztorny z Tengą Rinpoczem. Towarzyszy mu kawalkada jeźdźców. Tym razem mamy okazję przyjrzeć się im z bliska. Teraz widać, że konie, z którymi musieliśmy się nieźle naużerać, to naprawdę były najłagodniejsze sztuki! Te na pikniku zachowują się jak nie do końca ujeżdżone mustangi. Utrzymać się takiemu na grzbiecie to już jest nie lada wyczyn, a co dopiero wykonywać różne ewolucje.

Rinpocze prowadzony jest najpierw do specjalnie przygotowanego i ustrojonego pomponikami namiotu. Mnisi serwują poczęstunek. Wreszcie zaczynają się pokazy. Pierwsze są zawody w strzelaniu. Wzdłuż szpaleru gapiów pędzi cwałem dwóch jeźdźców: pierwszy nadaje tempo, drugi zaś płynnym ruchem zdejmuje z ramienia dubeltówkę i nie zwalniając, celuje w jedną z trzech niewielkich papierowych kartek, które mija po drodze. Po oddanym strzale zarzuca strzelbę na ramię wyszukanym gestem. Większość z nich trafia, jeśli któremuś się nie udaje, to głównie dlatego, że broń mają jakąś starożytną, która nie zawsze wypali na czas. Podziwiam zimną krew widzów, którzy stoją o parę zaledwie kroków od celu. Muszą bardzo ufać w umiejętności swych pobratymców.

Następne zawody to podnoszenie z ziemi kataków. Znów w pełnym cwale jeźdźcy schylają się na koniu, by niemal dotknąć palcami ziemi. Jesteśmy pełni podziwu.

Kolejnym punktem programu są popisy taneczno-wokalne. W trakcie występów zaczyna padać drobny grad. Robi się lodowato. Gdy po chwili wygląda słońce, trochę się ociepla, ale niestety wkrótce pojawia się następna gradowa chmura. Martwię się o tancerzy, żeby się nie pośliznęli na mokrej trawie, ale jakoś sobie radzą. Tylko jeden z koni się przewraca, ale na szczęście ani jemu, ani jeźdźcowi nic się nie stało.

Po pokazach odwiedzamy z Rinpoczem dom jego jedynych pozostałych tu krewnych. To bardzo blisko, idziemy więc piechotą. Podejmuje nas siostrzenica Rinpoczego, jej dwóch mężów (sic!) oraz reszta licznej rodziny. Na boku dowiadujemy się od Tenpy, że to bardzo korzystny układ, gdy kobieta ma kilku mężów, ponieważ zarabiają oni na utrzymanie rodziny i w domu jest dobrobyt. Natomiast w odwrotnej sytuacji, gdy jeden mężczyzna musi utrzymać kilka żon, pieniądze tylko się rozchodzą... Co do dzieci, to zawsze jeden z mężów jest tym głównym i wszelkie potomstwo, obojętnie przez kogo spłodzone, uznaje się za jego.

Częstują nas znów ciastkami, jogurtem i górą mięsa. Natychmiast pojawia się ogromny, tłusty i nadęty biały kocur, który nie odstępuje na krok Rinpoczego, domagając się głośno i bezczelnie, żeby mu rzucać kawałki mięsa. Co też Rinpocze czyni, jako że jest prawdziwym Bodhisattwą, nieustannie pracującym dla dobra wszystkich czujących istot.

(koniec str. 3)

strona 1 2 3 4

format pdf


 

 

 
> Teksty on-line
> Modlitwy
> Polecane książki
> Broszurki
> Teksty do praktyki
> Mynsel
> Relacje
> Glosariusz
> Biblioteczka Centrum w Grabniku
[ strona główna ] [ nauczyciele ] [ nauki dharmy ] [ kursy ] [ nasze ośrodki ] [ galeria ] [ linki ] [ kontakt ] [ ośrodek odosobnień ]
buddyzm, buddyzm tybetański, Budda, Karmapa, Dalajlama, Tybet, wadżrajana, Kagyu, Dharma, medytacje