Tybet 2005

 

Pielgrzymka z Tengą Rinpoczem do klasztoru Bencien w Khamie
str. 4


strona 1 2 3 4

7 października z żalem kończymy nasz pobyt w Bencien. Wyruszamy wcześnie rano. Na polach leży szron. Wracamy do Xiningu, gdzie będziemy czekać przez jeden dzień na samolot do Lhasy. Przy okazji wybieramy się nad Kokonor - sławne jezioro, największe i jedno z najwyżej położonych w Tybecie. Rinpocze je poleca: mówi, że jest głębokie i "bardzo niebieskie". I rzeczywiście - już z daleka widać ten nieprawdopodobny kolor. Aż się nie chce wierzyć oczom. Idąc za przykładem Tenpy próbuję trochę wody z jeziora. Ku swemu zdumieniu odkrywam, że jest słona!

Spędzamy miły dzień. Niektórzy nawet odważają się popływać. Inni siadają na konia, którego przyprowadziła jakaś zapobiegliwa niewiasta, by uzbierać trochę grosza. Samo pozowanie do zdjęcia na koniu kosztuje tylko trzy juany.

Po powrocie do Lhasy czeka nas jeszcze jedna atrakcja - wycieczka do Samje, gdzie znajduje się najstarszy klasztor w Tybecie, założony przez Guru Rinpoczego, który pokonał lokalne bóstwa, opiekujące się tym miejscem, i uczynił z nich Strażników Dharmy. Wszyscy oni są wymienieni w codziennej pudży Mahakali, co oznacza, że także my regularnie ofiarowujemy im tormę, prosząc, by spełniali swoje zobowiązania, to znaczy chronili Dharmę, naszych nauczycieli, nas samych oraz wszystkich praktykujących. Skoro tak, to warto poznać te postacie z bliska!

O dziewiątej rano, gdy siedzimy już w autobusie, zostajemy zaskoczeni informacją, że do wyboru mamy dwie drogi: jedną przez most, ale tak fatalną, że nasz autobus nie da sobie rady (pojedzie nią tylko dżip Rinpoczego), lub drugą z promem, ale za prom musimy dodatkowo zapłacić po 20 juanów od osoby. Wszyscy, o dziwo, wybierają prom, ale pomrukują gniewnie przeciwko dopłacie, bo wcześniej nas zapewniano, że ta wycieczka jest już w całości opłacona.

Z Lhasy jedziemy w kierunku lotniska, mijamy je i po dwóch godzinach docieramy do rzeki. Na przystani czekają na klientów duże łodzie z silnikami spalinowymi. Oprócz nas wsiada spora grupa Tybetańczyków. Jest dość ciasno. Rzeka nie jest bardzo szeroka, a miejsce, gdzie trzeba będzie przybić, leży dokładnie naprzeciwko naszej przystani, ale z powodu łach i mielizn musimy nadkładać drogi. Jacek F., który już tu kiedyś był, straszy nas, że przeprawa na drugi brzeg z pewnością potrwa kilka godzin i może być pełna niefortunnych wydarzeń, jak na przykład zgaśnięcie silnika na środku rzeki. Pomimo tego krakania jesteśmy dobrej myśli. I rzeczywiście, nie napotkawszy żadnych przeszkód, po godzinie dobijamy do brzegu.

Tu czeka nas kolejna niespodzianka: trzeba podejść piaszczystą plażą do lokalnego autobusu, za który też musimy dodatkowo zapłacić, by zawiózł nas do samego klasztoru. Tym razem jedziemy krótko. Całe szczęście, bo droga fatalna. Krajobraz za to fascynujący. Kojarzy mi się trochę z filmami o Afryce: piaszczyste wydmy, zbocza gór z mizernymi kępkami zeschłej trawy, od czasu do czasu rozlewisko wodne, a w nim... wierzby. Po drodze mijamy stupy, zbudowane na stokach, oraz kamień z ogromnym malowidłem przedstawiającym Guru Rinpoczego.

Na miejscu spotykamy Tengę Rinpoczego, który prowadzi nas do głównej świątyni. Na parterze szczególnie wart jest uwagi posąg Guru Rinpoczego, zwany " Guru Nga Drama " ("Taki, jak ja"). Nazwa pochodzi stąd, że sam Guru Rinpocze, gdy go ujrzał, stwierdził: "On wygląda zupełnie tak, jak ja". Niestety nie jest to oryginał, który uległ zniszczeniu, lecz jego wierna replika. Podziwiamy też ogromny posąg Buddy, a także posągi Marpy, Milarepy, Gampopy i innych wielkich mistrzów przeszłości. Potem zachodzimy do sali poświęconej Strażnikom Dharmy, gdzie Rinczen ofiarowuje pieniądze mnichowi i podaje nasze imiona, byśmy zostali uwzględnieni w modlitwach.

Rinpocze wraca do hotelu, ale nas zachęca, byśmy zwiedzili jeszcze górę ("wejdźcie najwyżej, jak się da"). Tam kolejny lhakang i znów posągi Guru Rinpoczego, Jidamów i Strażników. Następnie grupa się rozpada i już indywidualnie badamy różne zakamarki klasztoru. Kupujemy kawałki materiału z odbiciem oryginalnej pieczęci Guru Rinpoczego, a w kapliczce Buddy Długiego Życia, Amitajusa, za drobną opłatą dostajemy w głowę dadarem - strzałą długiego życia.

W końcu wychodzimy z głównej świątyni, by jeszcze pochodzić po terenie. Nie łudzimy się, że uda nam się zwiedzić wszystko w ciągu jednego popołudnia. Cały kompleks klasztorny zajmuje ogromną przestrzeń. Zbudowany został na planie mandali, dlatego otacza go okrągły mur. Wewnątrz aż roi się od stup i świątyń.

Najpierw idziemy w stronę odgłosów, które sugerują, że gdzieś w pobliżu odbywają się debaty. Rzeczywiście mnisi ćwiczą się w dyskutowaniu, to znaczy dwóch siedzi i spokojnie odpowiada, a kilku innych bombarduje ich pytaniami, podskakując, klaszcząc w ręce, strzelając z mali i wykrzykując co chwilę "Nie, nie masz racji!". A kiedy już całkiem chcą zbić z tropu przeciwnika, głaszczą go pieszczotliwie po głowie. Ten styl hałaśliwych i dynamicznych debat został ponoć wprowadzony specjalnie po to, by utrudnić zadanie kobietom. W zwyczajnej dyskusji mniszki okazywały się zdecydowanie lepsze, więc faceci zaczęli perfidnie stosować takie właśnie zręczne metody, by wyprowadzić je z równowagi.

Potem postanawiamy zrobić duże khora. Zaglądamy po drodze do różnych świątyń i kapliczek, gdzie się da. Jest tego całe mnóstwo. Na koniec, potwornie zmęczeni, docieramy do świątyni Strażników. Do słupów, podtrzymujących zadaszenie nad wejściem, przymocowano stare zbroje i miecze. Podziwiamy piękne posągi Strażników, związanych z tym miejscem. Najważniejsi to Pehar i Tseu Mar. Wieczorem spotykamy się na tarasie przed pokojem Rinpoczego i wspólnie recytujemy modlitwy.

W drodze powrotnej do Lhasy zahaczamy o klasztor Mindroling. Przewodniki twierdzą, że jest to oryginał, który nigdy nie został zniszczony. Ten klasztor to główna siedziba njingmapy, jednej z czterech wielkich szkół buddyzmu tybetańskiego. Warto nadmienić, że najważniejsza postać tej szkoły, Minling Rinpocze, który od lat rezyduje w Indiach, jest bardzo zaprzyjaźniony z Tengą Rinpoczem i ogromnie go ceni. Na przykład poprosił Rinpoczego o pobłogosławienie swojego ośrodka Dharmy, świeżo wybudowanego w Stanach, a gdy okazało się, że Tenga Rinpocze nie może się tam udać w ustalonym pierwotnie terminie, Minling Rinpocze kazał przełożyć ceremonię, tak bardzo zależało mu na tym, by nasz Rinpocze był na niej obecny.

Ostatni dzień naszej podróży postanawiamy spędzić pobożnie. Idziemy pokłonić się przed Dzioło. Rzeczywiście, dla pielgrzymów wstęp do Dziokhangu jest bezpłatny. Wewnątrz tłum ludzi. Przez chwilę medytujemy przed posągiem, a potem śladem innych zwiedzających wąskimi schodami wspinamy się na piętro. Nie byliśmy tam poprzednio - nasz przewodnik pokazywał nam tylko parter. A jest tu co oglądać. Kapliczka za kapliczką, w tym osobny gynkang.

Wychodzimy po schodach jeszcze wyżej, gdzie na półpiętrze stoją kolejne posągi. Intryguje mnie Strażniczka "o Żabiej Twarzy" (tak głosi napis u jej stóp), ale tybetańska tradycja każe szczególnie groźnym formom zakrywać twarz, więc nie mogę się jej dokładnie przyjrzeć.

Wracamy pod Dzioło. Każdy z nas zapala po trzy lampki maślane, wypowiadając przy tym życzenia. Koło pierwszej tłum rzednie. Chyba kończy się czas dla pielgrzymów. Nie chce nam się wychodzić, ale zbieramy się powoli. Po drodze zaglądamy jeszcze raz do kapliczek. Jakiś miły Tybetańczyk pokazuje nam w jednej z nich samopowstałą... kozę. Rzeczywiście, ze ściany sterczy żółty łepek.

Legenda głosi, że Lhasę zbudowano na dawnym jeziorze. W Dziokangu jest nawet specjalny otwór, coś w rodzaju wąskiej studni, gdzie przykłada się ucho i ludzie o dobrej karmie mogą usłyszeć dobiegające z głębi głosy kaczek (nie mam dobrej karmy). Gdy zasypywano jezioro, by postawić na nim świątynię, szczególnie zasłużyła się pewna koza, która wytrwale dźwigała worki z ziemią na swym grzbiecie. Dlatego to miejsce pierwotnie nosiło nazwę "Rasa" - sa to po tybetańsku "ziemia, teren", a ra oznacza kozę. Potem ludzie, jak to ludzie, zapomnieli o wysiłku kozy i miasto zaczęto nazywać bardziej wzniośle: "Lhasa" - "ziemia bogów". Kozie nie wystawiono pomnika, sama więc musiała o to zadbać. I tak oto jej wizerunek spontanicznie wyłonił się ze skały.

Wychodzimy na ulicę, która wydaje nam się wręcz nierealna - mamy wrażenie, że prawdziwy świat zostawiliśmy za sobą. Po obiedzie zaglądamy jeszcze do klasztoru Ramocze. Jest to świątynia niezbyt oddalona od Dziokangu, ale sprawia wrażenie mniej uczęszczanej. Znajduje się tu bliźniaczy posąg Dzioło; podobno początkowo ten właśnie stał w Dziokangu, a potem nie wiadomo czemu zostały zamienione miejscami. Choćby dla niego warto tu przyjść, nie mówiąc już o imponującej wielkości posągach Jamantaki i Demczoka. Poza tym nie ma tu dużo więcej do zwiedzania. Można dodatkowo zrobić khora wokół świątyni i zajrzeć do gynkangu (wiele nie widać, bo większość podobizn Strażników jest pozasłaniana). Zachodzimy też do małej świątyni Amitajusa w pobliskim zaułku.

W drodze powrotnej zahaczamy jeszcze o świątynię, która znajduje się dwa kroki od naszego hotelu. Poświęcona jest trzem głównym Bodhisattwom, którymi są Czenrezik, Mandziuśri i Wadżrapani. Mijaliśmy ją już wiele razy, a jakoś nigdy nie udało nam się zajrzeć do środka. Obchodzimy niewielkie pomieszczenie. Szczególny zachwyt budzi w nas przepięknie wykonany, dopracowany w najdrobniejszych detalach posążek Wadżrapaniego.

Wieczorem jesteśmy wszyscy zaproszeni przez Rinpoczego na pożegnalną kolację. Przy stole zasiada również siostra Tenpy z mężem. Nie wiedzieliśmy, że Tenpa ma w Tybecie tak bliską rodzinę. Rinpocze jak zwykle rozdaje prezenty. Każdy z uczestników pielgrzymki dostaje zdjęcie Dzioło z datą i podpisem Rinpoczego, a także nowość na rynku - tybetańską herbatę instant! Rinpocze zapewnia nas, że w tym proszku zawarte są wszystkie niezbędne składniki: wywar z herbaty, mleko, masło i sól - wystarczy je tylko zalać wodą i herbata gotowa.

Dziękujemy Rinpoczemu za wszystko, co dla nas zrobił. Następnie wyrażamy wdzięczność Tenpie, który był naszym opiekunem i organizatorem całej wyprawy. A w Nepalu zbieramy pieniądze i kupujemy symbole oświeconego Ciała, Mowy i Umysłu, czyli posąg Białej Tary, stupę i teksty długiego życia, owinięte w aksamitny materiał. Jeszcze raz spotykamy się u Rinpoczego, by ofiarować mu ten drobny upominek w podzięce za tak wspaniałą podróż.

Agnieszka Zych

strona 1 2 3 4

format pdf


 

 

 
> Teksty on-line
> Modlitwy
> Polecane książki
> Broszurki
> Teksty do praktyki
> Mynsel
> Relacje
> Glosariusz
> Biblioteczka Centrum w Grabniku
[ strona główna ] [ nauczyciele ] [ nauki dharmy ] [ kursy ] [ nasze ośrodki ] [ galeria ] [ linki ] [ kontakt ] [ ośrodek odosobnień ]
buddyzm, buddyzm tybetański, Budda, Karmapa, Dalajlama, Tybet, wadżrajana, Kagyu, Dharma, medytacje